Wednesday, January 12, 2011

Love by definition

"Love is reverence, and worship, and glory, and the upward glance. Not a bandage for dirty sores. But they don't know it. Those who speak of love most promiscuously are the ones who've never felt it. They make some sort of feeble stew out of sympathy, compassion, contempt and general indifference, and they call it love. Once you've felt what it means to love as you and I know it - the total passion for the total height - you're incapable of anything less".

Gail Wynand in Ayn Rand's "The Fountainhead".

Respect.

Monday, January 3, 2011

Dialog ze sobą i rzeczy po prostu?

No dobra - jestem neurotykiem, czy kims tam (whatever) i ciagle skupiam sie na negatywach... I to "tylko" dlatego odbieram życie jako ucisk w klatce piersiowej.

No dobra - moze sam jestem sobie winien, że nie umiem się cieszyc itd, i caly ten bulshit... Ale jesli jestem po prostu wrażliwszy? Spotrzegawczy?

Co jeśli, zycie jest rzeczywiście generalnie niczym innym niż tylko swiadomą egzystencją?

Bo wszystko logiczne na to wlasnie wskazuje...

Co jesli nie-neurotycy po prostu lepiej umieja sie oszukac zeby nie widziec tej grzybni?

Niestety istnieje jeszcze ta druga opcja, którą zawsze trzeba doupszczać - że to ja jestem jednym z niewielu frajerów na tej kuli ziemskiej którz sobie z tego nie zdawali dotychczas sprawy.

Muszę sobie to obmyśleć wszystko jeszcze raz od nowa z perspektywy tej zwykłości i mierności, bo jeszce nie wiem co tak na prawdę by z tego wynikało dla mnie oprócz zmiany punktu widzenia.

Jezu, jakie to wszystko jest tylko-na-mój-użytek i bez-świadków. Dlaczego w zasadzie jest we mnie to parcie aby wszystko w żuciu rozumieć i układać w powiązane całości? Nie wiem. Czy to na tym polega ta nerwowość nazywana naurotyzmem lub innym znerwicowaniem.
Czy więc wszytkie te moje rozmyślania przez te wszystkie lata, cała ta krucjata żeby w końcu zacząć się częściej cieszyć i uśmiechać była tylko "chorobą", wytworem potrzeby mojego tylko umysłu? Czy jestem w tym sam jak palec, a jedyni moi pobratymcy w tym poszukiwaniu siedzą już dawno w zakładach?

A może to właśnie jest życiem... Nie samo-życie, ale myślenie nad tym czym ono jest i jakie jest w nim moje miejsce? Może tylko i wyłącznie ta krucjata która być może jest chora jest jedynym dowodem na moją egzystencję przede mną samym?

Może sam problem z życiem jest właśnie życiem...? Dlaczego nie..?

Może rozwój człowieka polega właśnie na bólu w zadawaniu pytań i potem odnajdywaniu na nie odpowiedzi a następnie zadawaniu kolejnych pytań..?

Ale co jest w takim razie naszym odpoczynkiem? Marzenie? Kochanie? Odczuwanie spokoju o bezpieczeńśtwa..? Mam ochotę powiedzieć odruchowo że to mało... Ale z drugiej strony już trochę wiem, że to jednak bardzo dużo at the same time.

Przykre jest takie chorobliwe, ciągłe odczuwanie bycia zdradzonym przez życie (czytaj przez bliskich). Oprócz tego jest jeszcze ciągła antycypacja bycia zdradzonym też... Człowiek juz niby zrozumiał co się w jego życiu zadziało i jaki miało impact na niego, ale wciąż odczuwa te różne przesunięte emocje... Męczące... Uwierzcie - bardzo męczące.

Pozdrawiam siebie.

Tuesday, December 28, 2010

Gmatwanina

Czytam post najnowszy i te starsze i wnioskuję,
że gdzieś powinienem chcieć mniej a gdzieś więcej.

Jasne jest już dla mnie jasne, (w końcu), że stawiam sobie
poprzeczki zbyt wysokie po to właśnie aby ich nie
osiągnąć, a więc aby nie być szczęśliwym. Neurotyk
ze mnie i tyle - boję się szczęścia.

Wynika z tego, że w praktyce powinienem zdaje się
lepiej wiedzeieć czego chcę i do tego bardziej dążyć,
a resztę z kolei bardziej olać. Przestać się resztą
przejmować.

Dotarło do mnie wczoraj, dziś i teraz się dokończyło,
że ja w zasaszie ciągle zadaję sobie pytania o to:
- jak się (ludzie) powinno żyć i
- jak ja powinienem żyć.
Ja nawet nie wiem za bardzo, czy ja mogę się ciągle
nad tym zastanawiać, czy też już nie...

Ja ciągle szukam siebie. Szukam czego chcę, co lubię.

Z jednej strony moja budowa samego siebie jest już
jak mi się zdaje bardzo zaawansowana a z drugiej strony
są właśnie te pytania: "jak się" coś tam powinno dziać.

Oznacza to że szukam odpowiedzi na najbardziej wręcz
intymne w pewnym siensie pytania poza sobą. Szukam ich
de facto u innych ludzi, w książkach, w moim
meta-myśleniu.

W efekcie jestem jakby to powiedzieć, słaby i chwiejny.
I trudno żeby kobieta tego nie czuła.
Robię wrażenie osoby silnej na zewnątrz - nawet na sobie,
ale w środku jest niepewność. Mam wrażenie że bardzo
obiążam emocjonalnie kobiety w którymi jestem...
(A, to nowa konkluzja...)

Jestem chwiejny tymi pytaniami właśnie, albo powodem
ich stawiania.... No i tak możan w kółko ;).

Chyba dojrzewam coraz bardziej do spotkania z T.
Zadam kilka ważnych pytań mając nadzieję na ich przez T
odpowiednie przekierowania czyli odkrycie ich
rzeczywistego sensu...

Co ja mogę z tym zrobić?

Niestety nie chce mi się starać. To jest to. Bo mogę się starać. Mogłem i będę mógł. Ale mi się nie chce.

Może nie chce mi się ze strachu przed sukcesem. To coraz bardziej prawdopodobne wytłumaczenie jednak... Niestety...

Wolę się jednak zamknąć, siedzieć sobie na swoich 5 metrach kwadratowych życia i głównie myśleć i robić plany. A przecież to jak żyję dziś to już jest postęp w stosunku do kiedyś.

Ale zasadniczo dalej raczej planuję :))).

Ostatnio (+/- 6 miesięcy) doszedłem do wniosku, że mam wiele cech negatywnych (a doychczas uważałem, że jestem raczej doskonały) i to dlatego np nie znajduję kobiety idealnej (dla mnie idealnej). Doszedłem też do wniosku, że w życiu najprawdopodobniej generalnie nie ma się tego czego się chce a jeśli już to raczej namiastki. Potem doprowadziłem się do wniosku że najprawdopodobniej chcę za dużo. ALbo inaczej, że przynajmniej szukanie np tej kobiety w sam raz dla mnie zajęłoby mi zbyt dużo czasu a przecież chcę już mieć dzieci (sic!).

Ja dalej w zasadzie "nie wiem".

I tak mając trochę dosyć tego ciągłego w głowie "nie wiem" podjąłem (dość niestety chyba jednak arbitralnie) decyzję że przestaję szukać, bo to co mam dziś mnie satysfakcjonuje (zresztą rzeczywiście w dużym stopniu tak - to najlepszy kompromis jak dotychczas) a poza tym oczekiwanie więcej od życia może mi się już odpłacić jakąś krzywdą losową (tak, staję się tu zabobonny). Że na prawdę nie można więcej chcieć bo na więcej mnie nie stać. ...I tu wracamy do ważnego dla mnie punktu wyjścia (i dojścia): bo stać mnie, ale mi się nie chce starać.

Wiedząc, w związku z tym, że raczej generalnie nie chce mi się starać, implikacją jest, że nawet jak zdobędę to nie utrzymam (bo mi się nie będzie chciało walczyć).

Więc, nie chce mi sie bo się boję...

Nie łatwo przełknąć tą konkluzję...

Tuesday, November 23, 2010

Crazy Diamond

Jestem najelpszy i chcę tylko najlepszych rzeczy. Chcę zeby inni widzieli jaki jestem zajebisty i zeby moja rodzina to widziała i żeby mnie wszyscy chwalili, zeby wszyscy widzieli o ile przebieglejszy jestem od wszystkich innych. Żebym ja widział że wszyscy widza, że mam same najlepsze rzeczy. A przede wszystkim że ja jestem najlepszy i że moja kobieta jest "odpowiednia" dla mnie.

Bo inaczej się wstydzę... Wstydzę i jestem sfrustrowany, że nie jestem najlepszy, ze nie mam najlepszych rzeczy i najlepszej "opdowiedniej" kobiety.

I jeszcze na dodatek to uczucie frustracji: bo przeciez tak się starałem więc jeżeli ja najlepszy ze wszystkich juz na poczatku jeszcze dodatkowo sie starał to powinno być przeciez perfekt. Anie jest. Jest tylko dobrze. A "tylko dobrze" mamy w dupie przecież....


Oto przestroga dla rodziców, jak nieświadomie mozna źle wychować dziecko.

Ja zostałem tak wychowany.

Nie mam pokory, jestem arogancki nawet w stosunku do siebie. Arogancki życiowo.

Nie doceniam tego co mam. Nie doceniam gdy ktoś mnie kocha. Chcę i chcę i chcę więcej.

Ale nie wiem po co. Nie wiem dokąd idę albo nawet od czego uciekam.

Na codzieńjest dobrze. Ale nie jest. Bo pod skórą wiem, że nie jest.

Wydaje mi sie że wiem jak powinno byc i wydaje mi się że do tego dążę.

Ale czy ja to czuję. Czasem. Częściowo. Zbyt rzadko.

Nie mam kontaktu. Tęsknię. Chcę się oprzeć. Ale nie pozwalam...


Ee, tam....

Sunday, November 7, 2010

Za 45 minut Interlagos, jedzenie z Głodnych zamówione, łazienka sprzątnięta i wizja trzech tygodni urlopu, lecą sety Carla Matthensa...

W ten klimat wchodzą mi teraz nagle dziadkowie, była żona, sny o Matce i Ciotce...

Jestem sam bo chcę, bo nie chcę kompromisu. Jestem jeszcze częściowo niedojrzały i patrzę na to z boku.

Jest prawie piąta, jest niedziela po zmianie czasu więc już ciemno. Jest ze 6 stopni, balkon otwarty, okno otwarte, świeci sie jedna lampa i chcę złapać ten moment... Zapamiętać go, bo jest ciepło, miło, silnie i niezależnie.

A z tą niezaleznościa prawda to u mnie różnie. Bardzo dużo zwalam na kobietę w zwiazku. Chcę żeby mi "mówiła" że jestem okej z nią, z moim własnym życiem, ze wszystkim. Ale neuroza...

Ale z pomocą przychodza powoli własnie dziadkowie, moja przeszłość i ja w końcu w niej odgrywający główną role, Ojciec, nawet ta nieobecna, enigmatyczna Matka.

Czerwień i pomarańcz - oto kmolory mojego spokoju i niezalezności. Kolory mojego szczęścia.

...jestem tak daleko od innych ludzi. A w kazdym razie większości. Mam pretensje, ze jestem tak dobrze wychowany, inteligentny i do tego jeszcze niedostosowany. Mieszanka dla mnie, na dzień dzisiejszy nie do przeskoczenia.

Tylko mnie taki mróz ogarnął jak sobie pomyślałem, ze to już 6 lat do czterdziestki a ja ciągle na "rozpędzie". Ciągle jeszcze próbuje naprawić swój świat żeby kiedyś potem było "dobrze". Ciągle sie jednak wciąż "przygotowuję" i nieuchwytam teraźniejszości.

I tak już chyba zostanie. Czas by było dać temu spokojnie miejsce i juz nie walczyć.

Już waracają do mnie pokojowo moje duchy. Juz na nowo, już niegorźnie. One chciały zawsze pomóc, ale ja chciałem byc od nich niezależny. bo myślałem że dawanie im miejsca osłabi mnie. Zrozumiałem, ze w ten sposób chciałem pokonać swoją immanentną naturę - naturę człowieka.

Tylko Człowieka ;).

Jest mi ciepło, dobrze ze sobą. Na teraz to wielki krok do przodu. Ciągle jednak druga osoba mocno mnie destabilizuje. Przy drugiej osobie "włączają" mi się jakieś mechanizmy. Skomplikowane bo nie umiem ich uchwycić. Włączają mi się na co dzień nie istniejące oczekiwania, ukryte żądania, ogólne jakies takie dlierium, ze jestem zagrożony, że mi źle. Nie rozumiem po co to sie we mnie odbywa. Jakbym stawał się wtedy inną, upierdliwą, nieznosną odmianą siebie...

Ale już! Jest teraz czadowo. I niech tak ma być nawet tylko dziś - to i tak już tak wiele dla mnie.

Saturday, October 30, 2010

No, i moze być...

Nie jest źle....

Dużo myślę. Dużo koresponduję w sieci... Z kobietami. I to mnie w pewien sposób otwiera. Oczywiście flirt jest celem podstawowym tej korespondencji ale w międzyczasie pisząc uczę się siebie. Bo takie robienie dobrego wrażenia na odległość skłania Cię do skupiania się na swoich zaletach i odwodzi od myslenia negatywnego.

I jeszcze ostatnio oglądam w kółko seriale Star Trek DS9 i Mad Men (teraz zaliczyłem sezon II). Śmieszne bo tv w ogóle juz nie mogę oglądać. Reklamy po prostu wyrzucają mnie z kanału więc większości z nich nie ogladam. co włącze fakty to mi się prawie rzygać zachciewa bo wiadomości to stek małych, nieistotnych spraw z polskiej polityki a wiadomości ze świata prawie w ogóle. Wieje nudą i klaustrofobią światopoglądową ;)

A, ja myslę o pieniądzach. Planuje, robię rachunki, jakieś symulacje. Duzo w tym Excela i chodzenia po mieszkaniu z ołówkiem w ręku i robienia zapisków.

I tak, ciagle wszystko robie dla siebie, pod swoim katem, zeby sie zabezpieczyć, uniezależnic siebie od świata, uciec, olać i zlekceważyć teraźniejszość ;).

Nie wiem a jakim etapie zacząłem postrzegać zaproszenie drugiej osoby do wspólnego zycia jako zagrozenie i jednoczesnie coś smiertelnie męczącego. Głównie męczacego. Wyrzeczenia, pola minowe niewiedzy o drugiej osobie, itd....

Ostatnio zacząłem mieć napadająco/mijające problemy z orgazmem, co z kolei prowadzi do napadjąco/mijającej niechęci do seksu z kobietą, co z kolei prowadzi oczywiscie do problemów z zwiazku, bo to trudno wyjasnić."Kochanie, czemu kochamy sie ostatnio rzadziej? Czy ja juz Ci sie nie podobam Kochanie?", a w miare upływu czasu wypowiedzi zostają wzbogacone o łzy. I tak, doszedłem do wniosku, że to moze być na poziomie podświadomym próba powiedzenia mojej wybrance: "stara, czas minął - spierdalaj", :D.

Chyba w wyniku doświadczenia powyzszego w ostatnim okresie mojego życia przeżyłem niedawno napad mysli o sprowadzeniu sobie z Ukrainy duzo młodszej zony. I jak boga kocham bym sobie taką małżowinę sprowadził, gdyby cała sprawa kosztowała mniej. A poniewaz koszty są a ryzyko niepowodzenia związku podobne do kazdej innej sytuacji to zrezygnowałem. Jeszcze nie tak zupełnie bo zawsze mozna do takiego rozwiazania wrócić ale przynajmniej na razie zrezygnowałem.

Czemu w ogóle o tym myslałem? Hm, więc dlatego, bo ja i tak chce od kobiety rzeczy których nie mogę dostać (matczynej miłosci + samowystarczalności ojca + czułosci babci + porozumienia jak z przyjacielem), a na codzień najczestszym czynnikiem konfliktogennym jak również przyjemnosciowym jest seks. Cynicznie? Wg mnie wcale nie po zastanowieniu.

A seks jest dla mnie jako dla samca cholernie wazny. Ralizowanie fantacji seksualnych, intymność w seksie, itd. To jest dla mnie bardzo ważne. Dopiero niedawno w zasadzie doeceniłem jak wazne. Bo tak to człowiek nie przyznaje sie chyba przed soba że ten seks jest taki az wazny - zdaje się to z powodu naszego wychowania.

Jestem samotny. Na pewno częściowo dlatego, bo po prostu chce być smaotny, ale tez dlatego, że się nie naczyłem być nie samotny. Nie nauczyłem sie rytuałów towarzyskich. Bo kontakty z ludźmi to kupa roboty. Na prawdę! Z mojego punktu widzenia straszna kupa roboty: trzeba uważać co sie mówi zeby albo nie spłoszyć albo nie speczyć czy nie urazić. Okazje trzeba pamiętac, prezenty i prezenciki kupowac. Partycypować w ich uroczystościach i markować swoje w nie zaangazowanie znów zeby nie urazić, nie zrobic przykrości. W towrzystwie trzeba byc usmiechnietym i uważac zeby sie nie zamyślać. trzeba nastepnie pic alkohol, tańczyć i robić rózne głupstwa w celu nie odstawania od reszty, gdyż jak się na imprezie odstaje od reszty to i się impreza robi nie do zniesienia :))). Trzeba w końcu zapraszać do siebie gości, robic z tej okazji zakupy, nadymać się i wysrywać na fajne alkohole, drinki i jedzenie. Następnie po rzeczywiście miłym okresie posiadówy tychze gości (acha, a przeciez towarzystwo trzeba jeszcze dobrać do siebie zeby się nie nudziło i nie było konfliktów), trzeba zrobić generalne sprzątanie i mega zmywanie oraz wywietrzyć pieprzone mieszkanie ze wszelkich zapachów naleciałych poprzedniej nocy ;).

No więc jestem samotnikiem i chyba nim pozostane :))). Tylko kobieta omze wprowadzić do mojego życia ludzi. Mnie się nie chce. Ja mam swoje niepotrzebne rozmyslania, książki na tematy zwiazane najogólniej z dzieleniem włosa na czworo, swoje ponad godzinne kąpiele w goracej wodzie, swój swiat zapachów i perfum, swoje seriale i filmy, te nowe i te sprzed wieludziesięciu lat. Mam swoje w końcu wyrobione poglady, światopogląd i odwage cywilna aby o nich mówic otwarcie. Ech... Któż chciałby się ze mną babrać w tej samej piaskownicy. Jakaż kobieta, która imponowałaby mi miałaby ochote pochylić sie nade mną, pokochać i jebnąć w twarz co jakis czas żebym przynajmniej co jakiś czas wracał do tego świata, ciał, zebów, brudu, smrodów, anty-ideałów, ciężkosci, niespełnionych marzeń, frustracji, pytań bez odpowiedzi, głupoty, chamstwa, żądz i złości. Do świata, w którym na momenty szczęscią trzeba się sporo napracować...