Jestem najelpszy i chcę tylko najlepszych rzeczy. Chcę zeby inni widzieli jaki jestem zajebisty i zeby moja rodzina to widziała i żeby mnie wszyscy chwalili, zeby wszyscy widzieli o ile przebieglejszy jestem od wszystkich innych. Żebym ja widział że wszyscy widza, że mam same najlepsze rzeczy. A przede wszystkim że ja jestem najlepszy i że moja kobieta jest "odpowiednia" dla mnie.
Bo inaczej się wstydzę... Wstydzę i jestem sfrustrowany, że nie jestem najlepszy, ze nie mam najlepszych rzeczy i najlepszej "opdowiedniej" kobiety.
I jeszcze na dodatek to uczucie frustracji: bo przeciez tak się starałem więc jeżeli ja najlepszy ze wszystkich juz na poczatku jeszcze dodatkowo sie starał to powinno być przeciez perfekt. Anie jest. Jest tylko dobrze. A "tylko dobrze" mamy w dupie przecież....
Oto przestroga dla rodziców, jak nieświadomie mozna źle wychować dziecko.
Ja zostałem tak wychowany.
Nie mam pokory, jestem arogancki nawet w stosunku do siebie. Arogancki życiowo.
Nie doceniam tego co mam. Nie doceniam gdy ktoś mnie kocha. Chcę i chcę i chcę więcej.
Ale nie wiem po co. Nie wiem dokąd idę albo nawet od czego uciekam.
Na codzieńjest dobrze. Ale nie jest. Bo pod skórą wiem, że nie jest.
Wydaje mi sie że wiem jak powinno byc i wydaje mi się że do tego dążę.
Ale czy ja to czuję. Czasem. Częściowo. Zbyt rzadko.
Nie mam kontaktu. Tęsknię. Chcę się oprzeć. Ale nie pozwalam...
Ee, tam....
Tuesday, November 23, 2010
Sunday, November 7, 2010
Za 45 minut Interlagos, jedzenie z Głodnych zamówione, łazienka sprzątnięta i wizja trzech tygodni urlopu, lecą sety Carla Matthensa...
W ten klimat wchodzą mi teraz nagle dziadkowie, była żona, sny o Matce i Ciotce...
Jestem sam bo chcę, bo nie chcę kompromisu. Jestem jeszcze częściowo niedojrzały i patrzę na to z boku.
Jest prawie piąta, jest niedziela po zmianie czasu więc już ciemno. Jest ze 6 stopni, balkon otwarty, okno otwarte, świeci sie jedna lampa i chcę złapać ten moment... Zapamiętać go, bo jest ciepło, miło, silnie i niezależnie.
A z tą niezaleznościa prawda to u mnie różnie. Bardzo dużo zwalam na kobietę w zwiazku. Chcę żeby mi "mówiła" że jestem okej z nią, z moim własnym życiem, ze wszystkim. Ale neuroza...
Ale z pomocą przychodza powoli własnie dziadkowie, moja przeszłość i ja w końcu w niej odgrywający główną role, Ojciec, nawet ta nieobecna, enigmatyczna Matka.
Czerwień i pomarańcz - oto kmolory mojego spokoju i niezalezności. Kolory mojego szczęścia.
...jestem tak daleko od innych ludzi. A w kazdym razie większości. Mam pretensje, ze jestem tak dobrze wychowany, inteligentny i do tego jeszcze niedostosowany. Mieszanka dla mnie, na dzień dzisiejszy nie do przeskoczenia.
Tylko mnie taki mróz ogarnął jak sobie pomyślałem, ze to już 6 lat do czterdziestki a ja ciągle na "rozpędzie". Ciągle jeszcze próbuje naprawić swój świat żeby kiedyś potem było "dobrze". Ciągle sie jednak wciąż "przygotowuję" i nieuchwytam teraźniejszości.
I tak już chyba zostanie. Czas by było dać temu spokojnie miejsce i juz nie walczyć.
Już waracają do mnie pokojowo moje duchy. Juz na nowo, już niegorźnie. One chciały zawsze pomóc, ale ja chciałem byc od nich niezależny. bo myślałem że dawanie im miejsca osłabi mnie. Zrozumiałem, ze w ten sposób chciałem pokonać swoją immanentną naturę - naturę człowieka.
Tylko Człowieka ;).
Jest mi ciepło, dobrze ze sobą. Na teraz to wielki krok do przodu. Ciągle jednak druga osoba mocno mnie destabilizuje. Przy drugiej osobie "włączają" mi się jakieś mechanizmy. Skomplikowane bo nie umiem ich uchwycić. Włączają mi się na co dzień nie istniejące oczekiwania, ukryte żądania, ogólne jakies takie dlierium, ze jestem zagrożony, że mi źle. Nie rozumiem po co to sie we mnie odbywa. Jakbym stawał się wtedy inną, upierdliwą, nieznosną odmianą siebie...
Ale już! Jest teraz czadowo. I niech tak ma być nawet tylko dziś - to i tak już tak wiele dla mnie.
W ten klimat wchodzą mi teraz nagle dziadkowie, była żona, sny o Matce i Ciotce...
Jestem sam bo chcę, bo nie chcę kompromisu. Jestem jeszcze częściowo niedojrzały i patrzę na to z boku.
Jest prawie piąta, jest niedziela po zmianie czasu więc już ciemno. Jest ze 6 stopni, balkon otwarty, okno otwarte, świeci sie jedna lampa i chcę złapać ten moment... Zapamiętać go, bo jest ciepło, miło, silnie i niezależnie.
A z tą niezaleznościa prawda to u mnie różnie. Bardzo dużo zwalam na kobietę w zwiazku. Chcę żeby mi "mówiła" że jestem okej z nią, z moim własnym życiem, ze wszystkim. Ale neuroza...
Ale z pomocą przychodza powoli własnie dziadkowie, moja przeszłość i ja w końcu w niej odgrywający główną role, Ojciec, nawet ta nieobecna, enigmatyczna Matka.
Czerwień i pomarańcz - oto kmolory mojego spokoju i niezalezności. Kolory mojego szczęścia.
...jestem tak daleko od innych ludzi. A w kazdym razie większości. Mam pretensje, ze jestem tak dobrze wychowany, inteligentny i do tego jeszcze niedostosowany. Mieszanka dla mnie, na dzień dzisiejszy nie do przeskoczenia.
Tylko mnie taki mróz ogarnął jak sobie pomyślałem, ze to już 6 lat do czterdziestki a ja ciągle na "rozpędzie". Ciągle jeszcze próbuje naprawić swój świat żeby kiedyś potem było "dobrze". Ciągle sie jednak wciąż "przygotowuję" i nieuchwytam teraźniejszości.
I tak już chyba zostanie. Czas by było dać temu spokojnie miejsce i juz nie walczyć.
Już waracają do mnie pokojowo moje duchy. Juz na nowo, już niegorźnie. One chciały zawsze pomóc, ale ja chciałem byc od nich niezależny. bo myślałem że dawanie im miejsca osłabi mnie. Zrozumiałem, ze w ten sposób chciałem pokonać swoją immanentną naturę - naturę człowieka.
Tylko Człowieka ;).
Jest mi ciepło, dobrze ze sobą. Na teraz to wielki krok do przodu. Ciągle jednak druga osoba mocno mnie destabilizuje. Przy drugiej osobie "włączają" mi się jakieś mechanizmy. Skomplikowane bo nie umiem ich uchwycić. Włączają mi się na co dzień nie istniejące oczekiwania, ukryte żądania, ogólne jakies takie dlierium, ze jestem zagrożony, że mi źle. Nie rozumiem po co to sie we mnie odbywa. Jakbym stawał się wtedy inną, upierdliwą, nieznosną odmianą siebie...
Ale już! Jest teraz czadowo. I niech tak ma być nawet tylko dziś - to i tak już tak wiele dla mnie.
Saturday, October 30, 2010
No, i moze być...
Nie jest źle....
Dużo myślę. Dużo koresponduję w sieci... Z kobietami. I to mnie w pewien sposób otwiera. Oczywiście flirt jest celem podstawowym tej korespondencji ale w międzyczasie pisząc uczę się siebie. Bo takie robienie dobrego wrażenia na odległość skłania Cię do skupiania się na swoich zaletach i odwodzi od myslenia negatywnego.
I jeszcze ostatnio oglądam w kółko seriale Star Trek DS9 i Mad Men (teraz zaliczyłem sezon II). Śmieszne bo tv w ogóle juz nie mogę oglądać. Reklamy po prostu wyrzucają mnie z kanału więc większości z nich nie ogladam. co włącze fakty to mi się prawie rzygać zachciewa bo wiadomości to stek małych, nieistotnych spraw z polskiej polityki a wiadomości ze świata prawie w ogóle. Wieje nudą i klaustrofobią światopoglądową ;)
A, ja myslę o pieniądzach. Planuje, robię rachunki, jakieś symulacje. Duzo w tym Excela i chodzenia po mieszkaniu z ołówkiem w ręku i robienia zapisków.
I tak, ciagle wszystko robie dla siebie, pod swoim katem, zeby sie zabezpieczyć, uniezależnic siebie od świata, uciec, olać i zlekceważyć teraźniejszość ;).
Nie wiem a jakim etapie zacząłem postrzegać zaproszenie drugiej osoby do wspólnego zycia jako zagrozenie i jednoczesnie coś smiertelnie męczącego. Głównie męczacego. Wyrzeczenia, pola minowe niewiedzy o drugiej osobie, itd....
Ostatnio zacząłem mieć napadająco/mijające problemy z orgazmem, co z kolei prowadzi do napadjąco/mijającej niechęci do seksu z kobietą, co z kolei prowadzi oczywiscie do problemów z zwiazku, bo to trudno wyjasnić."Kochanie, czemu kochamy sie ostatnio rzadziej? Czy ja juz Ci sie nie podobam Kochanie?", a w miare upływu czasu wypowiedzi zostają wzbogacone o łzy. I tak, doszedłem do wniosku, że to moze być na poziomie podświadomym próba powiedzenia mojej wybrance: "stara, czas minął - spierdalaj", :D.
Chyba w wyniku doświadczenia powyzszego w ostatnim okresie mojego życia przeżyłem niedawno napad mysli o sprowadzeniu sobie z Ukrainy duzo młodszej zony. I jak boga kocham bym sobie taką małżowinę sprowadził, gdyby cała sprawa kosztowała mniej. A poniewaz koszty są a ryzyko niepowodzenia związku podobne do kazdej innej sytuacji to zrezygnowałem. Jeszcze nie tak zupełnie bo zawsze mozna do takiego rozwiazania wrócić ale przynajmniej na razie zrezygnowałem.
Czemu w ogóle o tym myslałem? Hm, więc dlatego, bo ja i tak chce od kobiety rzeczy których nie mogę dostać (matczynej miłosci + samowystarczalności ojca + czułosci babci + porozumienia jak z przyjacielem), a na codzień najczestszym czynnikiem konfliktogennym jak również przyjemnosciowym jest seks. Cynicznie? Wg mnie wcale nie po zastanowieniu.
A seks jest dla mnie jako dla samca cholernie wazny. Ralizowanie fantacji seksualnych, intymność w seksie, itd. To jest dla mnie bardzo ważne. Dopiero niedawno w zasadzie doeceniłem jak wazne. Bo tak to człowiek nie przyznaje sie chyba przed soba że ten seks jest taki az wazny - zdaje się to z powodu naszego wychowania.
Jestem samotny. Na pewno częściowo dlatego, bo po prostu chce być smaotny, ale tez dlatego, że się nie naczyłem być nie samotny. Nie nauczyłem sie rytuałów towarzyskich. Bo kontakty z ludźmi to kupa roboty. Na prawdę! Z mojego punktu widzenia straszna kupa roboty: trzeba uważać co sie mówi zeby albo nie spłoszyć albo nie speczyć czy nie urazić. Okazje trzeba pamiętac, prezenty i prezenciki kupowac. Partycypować w ich uroczystościach i markować swoje w nie zaangazowanie znów zeby nie urazić, nie zrobic przykrości. W towrzystwie trzeba byc usmiechnietym i uważac zeby sie nie zamyślać. trzeba nastepnie pic alkohol, tańczyć i robić rózne głupstwa w celu nie odstawania od reszty, gdyż jak się na imprezie odstaje od reszty to i się impreza robi nie do zniesienia :))). Trzeba w końcu zapraszać do siebie gości, robic z tej okazji zakupy, nadymać się i wysrywać na fajne alkohole, drinki i jedzenie. Następnie po rzeczywiście miłym okresie posiadówy tychze gości (acha, a przeciez towarzystwo trzeba jeszcze dobrać do siebie zeby się nie nudziło i nie było konfliktów), trzeba zrobić generalne sprzątanie i mega zmywanie oraz wywietrzyć pieprzone mieszkanie ze wszelkich zapachów naleciałych poprzedniej nocy ;).
No więc jestem samotnikiem i chyba nim pozostane :))). Tylko kobieta omze wprowadzić do mojego życia ludzi. Mnie się nie chce. Ja mam swoje niepotrzebne rozmyslania, książki na tematy zwiazane najogólniej z dzieleniem włosa na czworo, swoje ponad godzinne kąpiele w goracej wodzie, swój swiat zapachów i perfum, swoje seriale i filmy, te nowe i te sprzed wieludziesięciu lat. Mam swoje w końcu wyrobione poglady, światopogląd i odwage cywilna aby o nich mówic otwarcie. Ech... Któż chciałby się ze mną babrać w tej samej piaskownicy. Jakaż kobieta, która imponowałaby mi miałaby ochote pochylić sie nade mną, pokochać i jebnąć w twarz co jakis czas żebym przynajmniej co jakiś czas wracał do tego świata, ciał, zebów, brudu, smrodów, anty-ideałów, ciężkosci, niespełnionych marzeń, frustracji, pytań bez odpowiedzi, głupoty, chamstwa, żądz i złości. Do świata, w którym na momenty szczęscią trzeba się sporo napracować...
Dużo myślę. Dużo koresponduję w sieci... Z kobietami. I to mnie w pewien sposób otwiera. Oczywiście flirt jest celem podstawowym tej korespondencji ale w międzyczasie pisząc uczę się siebie. Bo takie robienie dobrego wrażenia na odległość skłania Cię do skupiania się na swoich zaletach i odwodzi od myslenia negatywnego.
I jeszcze ostatnio oglądam w kółko seriale Star Trek DS9 i Mad Men (teraz zaliczyłem sezon II). Śmieszne bo tv w ogóle juz nie mogę oglądać. Reklamy po prostu wyrzucają mnie z kanału więc większości z nich nie ogladam. co włącze fakty to mi się prawie rzygać zachciewa bo wiadomości to stek małych, nieistotnych spraw z polskiej polityki a wiadomości ze świata prawie w ogóle. Wieje nudą i klaustrofobią światopoglądową ;)
A, ja myslę o pieniądzach. Planuje, robię rachunki, jakieś symulacje. Duzo w tym Excela i chodzenia po mieszkaniu z ołówkiem w ręku i robienia zapisków.
I tak, ciagle wszystko robie dla siebie, pod swoim katem, zeby sie zabezpieczyć, uniezależnic siebie od świata, uciec, olać i zlekceważyć teraźniejszość ;).
Nie wiem a jakim etapie zacząłem postrzegać zaproszenie drugiej osoby do wspólnego zycia jako zagrozenie i jednoczesnie coś smiertelnie męczącego. Głównie męczacego. Wyrzeczenia, pola minowe niewiedzy o drugiej osobie, itd....
Ostatnio zacząłem mieć napadająco/mijające problemy z orgazmem, co z kolei prowadzi do napadjąco/mijającej niechęci do seksu z kobietą, co z kolei prowadzi oczywiscie do problemów z zwiazku, bo to trudno wyjasnić."Kochanie, czemu kochamy sie ostatnio rzadziej? Czy ja juz Ci sie nie podobam Kochanie?", a w miare upływu czasu wypowiedzi zostają wzbogacone o łzy. I tak, doszedłem do wniosku, że to moze być na poziomie podświadomym próba powiedzenia mojej wybrance: "stara, czas minął - spierdalaj", :D.
Chyba w wyniku doświadczenia powyzszego w ostatnim okresie mojego życia przeżyłem niedawno napad mysli o sprowadzeniu sobie z Ukrainy duzo młodszej zony. I jak boga kocham bym sobie taką małżowinę sprowadził, gdyby cała sprawa kosztowała mniej. A poniewaz koszty są a ryzyko niepowodzenia związku podobne do kazdej innej sytuacji to zrezygnowałem. Jeszcze nie tak zupełnie bo zawsze mozna do takiego rozwiazania wrócić ale przynajmniej na razie zrezygnowałem.
Czemu w ogóle o tym myslałem? Hm, więc dlatego, bo ja i tak chce od kobiety rzeczy których nie mogę dostać (matczynej miłosci + samowystarczalności ojca + czułosci babci + porozumienia jak z przyjacielem), a na codzień najczestszym czynnikiem konfliktogennym jak również przyjemnosciowym jest seks. Cynicznie? Wg mnie wcale nie po zastanowieniu.
A seks jest dla mnie jako dla samca cholernie wazny. Ralizowanie fantacji seksualnych, intymność w seksie, itd. To jest dla mnie bardzo ważne. Dopiero niedawno w zasadzie doeceniłem jak wazne. Bo tak to człowiek nie przyznaje sie chyba przed soba że ten seks jest taki az wazny - zdaje się to z powodu naszego wychowania.
Jestem samotny. Na pewno częściowo dlatego, bo po prostu chce być smaotny, ale tez dlatego, że się nie naczyłem być nie samotny. Nie nauczyłem sie rytuałów towarzyskich. Bo kontakty z ludźmi to kupa roboty. Na prawdę! Z mojego punktu widzenia straszna kupa roboty: trzeba uważać co sie mówi zeby albo nie spłoszyć albo nie speczyć czy nie urazić. Okazje trzeba pamiętac, prezenty i prezenciki kupowac. Partycypować w ich uroczystościach i markować swoje w nie zaangazowanie znów zeby nie urazić, nie zrobic przykrości. W towrzystwie trzeba byc usmiechnietym i uważac zeby sie nie zamyślać. trzeba nastepnie pic alkohol, tańczyć i robić rózne głupstwa w celu nie odstawania od reszty, gdyż jak się na imprezie odstaje od reszty to i się impreza robi nie do zniesienia :))). Trzeba w końcu zapraszać do siebie gości, robic z tej okazji zakupy, nadymać się i wysrywać na fajne alkohole, drinki i jedzenie. Następnie po rzeczywiście miłym okresie posiadówy tychze gości (acha, a przeciez towarzystwo trzeba jeszcze dobrać do siebie zeby się nie nudziło i nie było konfliktów), trzeba zrobić generalne sprzątanie i mega zmywanie oraz wywietrzyć pieprzone mieszkanie ze wszelkich zapachów naleciałych poprzedniej nocy ;).
No więc jestem samotnikiem i chyba nim pozostane :))). Tylko kobieta omze wprowadzić do mojego życia ludzi. Mnie się nie chce. Ja mam swoje niepotrzebne rozmyslania, książki na tematy zwiazane najogólniej z dzieleniem włosa na czworo, swoje ponad godzinne kąpiele w goracej wodzie, swój swiat zapachów i perfum, swoje seriale i filmy, te nowe i te sprzed wieludziesięciu lat. Mam swoje w końcu wyrobione poglady, światopogląd i odwage cywilna aby o nich mówic otwarcie. Ech... Któż chciałby się ze mną babrać w tej samej piaskownicy. Jakaż kobieta, która imponowałaby mi miałaby ochote pochylić sie nade mną, pokochać i jebnąć w twarz co jakis czas żebym przynajmniej co jakiś czas wracał do tego świata, ciał, zebów, brudu, smrodów, anty-ideałów, ciężkosci, niespełnionych marzeń, frustracji, pytań bez odpowiedzi, głupoty, chamstwa, żądz i złości. Do świata, w którym na momenty szczęscią trzeba się sporo napracować...
Sunday, September 19, 2010
My Everydayness
"As a being, as extension of all of Being, man has an organismic impulsion: to take into his own organization the maximum amount of the problematic of life. His daily life, then, becomes truly a duty of cosmic proportions, and his courage to face the anxiety of meaningless becomes a true cosmic heroism. No longer does one as God wills, set over against some imaginary figure in heaven. Rather, in one's own person he tries to achieve what the creative powers of emergent Being have themsleves so far achieved with lower forms of life: the overcoming of that which would negate life.
[...]
Mysticism lacks precisely the element of skepticism, and skepticism is a more radical experience, a more manly confrontation of potential meaninglessness."
To i poniższe z: E. Becker, "The Denial of Death".
[...]
Mysticism lacks precisely the element of skepticism, and skepticism is a more radical experience, a more manly confrontation of potential meaninglessness."
To i poniższe z: E. Becker, "The Denial of Death".
Sunday, September 5, 2010
Fetyszyzacja świata
Kilka cytatów bo muszę, bo się identyfikuję:
"There are those who shrink back from experience out of greater life-and-death anxieties. They grow up not giving themselves freely to the cultural roles available to them. They can't lose themselves thoughtlessly in the games that others play. One reason is that they have trouble relating to others; they haven't been able to develop the necessary interpersonal skills. Playing the game of society with automatic ease means playing with others without anxiety. If you are not involved in what others take for granted as the nourishment of their lives, then your own life becomes a total problem."
"To live is to engage in experience at least partly on the terms of the experience itself. One has to stick his neck out in the action without any guarantees about satisfaction or safety. One never knows how it will come out or how silly he will look, but the neurotic type wants these guarantees. He dosen't want to risk his self-image. [...] [Neurotic] won't pay yhe price that nature wants of him: to age, fall ill or be injured, and die. Instead of living experience he ideates it; instead of arranging it in action he works it all out in his head."
"I used to wonder how people could stand the really demonic activity of working behind those hellish ranges in hotel kitchens, the frantic whirl of waiting on a dozen tables at one time, the mandess of the travel agent's office at the heights of the tourism season, or the torture of working with a jack-hammer all day on a hot summer street. The answer is so simple that it eludes us: the craziness of these activities is exactly that of the human condition. They are "right" for us because the alternative is natural desperation. The daily madness of these jobs is a repeated vaccination against the mandess of the asylum."
Zacytowałem bo nie wiem czy przypadkiem te trzy cytaty nie podsumowują tego jak żyję w świecie...
Każdy z powyższych cytatów zawiera co najmniej jedną myśl która stanowi oś negatywnej strony mojego postrzegania świata:
- nie umiem wchodzić w interakcję z innymi bez niepokoju i obawy;
- boję się ryzykować
- chciałbym mieć nie płacąc
- dziwię się temu jak żyją inni do tego stopnia że nie umiem się do nich dostatecznie odnieść.
I jednocześnie .......... nie można ze 100% pewnością powiedzieć, że w tym jest coś dziwnego.
To tu się zaczyna crazyness!
Bo jedynym, absolutnie pwenym punktem odniesienia jest to że pochodzimy z natury, z wszechświata co oznacza..... niewiele; w zasadzie oznacza tyle co nic.
Przed szaleństwem chronią nas dokładnie te społecznie wypracowane i narzucone mechanizmy, które ja w dużej części kwestionowałem bardziej lub mniej świadomie przez całe swoje smutne życie...
"There are those who shrink back from experience out of greater life-and-death anxieties. They grow up not giving themselves freely to the cultural roles available to them. They can't lose themselves thoughtlessly in the games that others play. One reason is that they have trouble relating to others; they haven't been able to develop the necessary interpersonal skills. Playing the game of society with automatic ease means playing with others without anxiety. If you are not involved in what others take for granted as the nourishment of their lives, then your own life becomes a total problem."
"To live is to engage in experience at least partly on the terms of the experience itself. One has to stick his neck out in the action without any guarantees about satisfaction or safety. One never knows how it will come out or how silly he will look, but the neurotic type wants these guarantees. He dosen't want to risk his self-image. [...] [Neurotic] won't pay yhe price that nature wants of him: to age, fall ill or be injured, and die. Instead of living experience he ideates it; instead of arranging it in action he works it all out in his head."
"I used to wonder how people could stand the really demonic activity of working behind those hellish ranges in hotel kitchens, the frantic whirl of waiting on a dozen tables at one time, the mandess of the travel agent's office at the heights of the tourism season, or the torture of working with a jack-hammer all day on a hot summer street. The answer is so simple that it eludes us: the craziness of these activities is exactly that of the human condition. They are "right" for us because the alternative is natural desperation. The daily madness of these jobs is a repeated vaccination against the mandess of the asylum."
Zacytowałem bo nie wiem czy przypadkiem te trzy cytaty nie podsumowują tego jak żyję w świecie...
Każdy z powyższych cytatów zawiera co najmniej jedną myśl która stanowi oś negatywnej strony mojego postrzegania świata:
- nie umiem wchodzić w interakcję z innymi bez niepokoju i obawy;
- boję się ryzykować
- chciałbym mieć nie płacąc
- dziwię się temu jak żyją inni do tego stopnia że nie umiem się do nich dostatecznie odnieść.
I jednocześnie .......... nie można ze 100% pewnością powiedzieć, że w tym jest coś dziwnego.
To tu się zaczyna crazyness!
Bo jedynym, absolutnie pwenym punktem odniesienia jest to że pochodzimy z natury, z wszechświata co oznacza..... niewiele; w zasadzie oznacza tyle co nic.
Przed szaleństwem chronią nas dokładnie te społecznie wypracowane i narzucone mechanizmy, które ja w dużej części kwestionowałem bardziej lub mniej świadomie przez całe swoje smutne życie...
Saturday, September 4, 2010
Final Insight
Zrozumiałem, że te wszystkie wglądy, uczucia, odczucia i wnioski, które knułem i czułem i doświadczałem przez te wszystkie lata żeby zbliżyć się do prawdy o człowieku, o sobie, o ludziach...
...powodują właśnie dokładnie moją odmienność od innych ludzi i potęgują uczucie osamotnienia.
Jest tak, bo jako gatunek obdarzony świadomością uciekamy własnie od uświadamiania sobie, że jesteśmy jednak tylko zwierzętami.
Niesamowite uczucie zrozumieć że cała zasadniczo filozofia i nauka prowadzi do zrozumienia, ze jako człowiek jesteśmy słabi, samotni, miękcy, pozbawieni jakiejkolwiek wzniosłości, efemeryczni do potęgi n - zupełnie aheroiczni i anieśmiertleni.
A nieśmiertelność jest tym, czego wszyscy podświadomie szukamy...
I cóż... Ja nie wiem.. Boję się to powiedzieć, ale tu chyba moje poszukiwania się zakończą, bo znalazłem przynajmniej większość odpowiedzi na pytania, które mnie dosłownie męczyły przez większość mojego życia ze względu na moje wczesne doświadczenia choroby a potem śmierci śmierci bliskich osób, wczesne doświadczenie silnego konfliktu w rodzinie, wczesne doświadczenie wad ludzkich, wczesne odarcie autorytetów z ich niedostępności, magii i niezwykłości. Czyli ze względu na zbyt wczesne doświadczenie słabości tego czym jest człowiek w ogólności.
Teraz rozumiem, co mi się stało, rozumiem kim jestem, rozumiem dlaczego tęsknię do różnych niedookreślonych stanów emocjonalnych, przeżyć których nigdy nie było. Rozumiem już wiele ze swoich fantazji. Rozumiem wiele ze swojego strachu.
Cieszę się bo hamujące moją wesołość, towarzyszące mi przeczucie śmierci okazuje się w opinii wielu normalnym elementem swoistego oświecenia, tzn. pewnej głębszej samoświadomości polegającej po prostu na obdarciu życia czy człowieka z pewnych narosłych rzekomych cech, rzekomej kolorystyki by tak rzec, rzekomej interpretacji, rzekomych powinności, rzekomych niebezpieczeństw. Oświecenia jednak, które ma swoją cenę. Śmieszne, bo to "oświecenie" utrudnia mi niesamowicie życie w społeczeństwie, a więc zasadniczo utrudnia stosunki towarzyskie, tworzenie różnych więzi społecznych, które mogą stanowić duże wsparcie dla człowieka, hamuje wiele "typowych" wewnętrznych motorów działania (motywacji), itd., etc. Ten wgląd osamotnia mnie, wyrzuca poza nawias, wystawia na próbę. Daje więcej wolności, ale wystawia na strach przed nią. Wystawia na odpowiedzialność.
Jakby to nie było dla nie przykre - nie mogę już obarczać innych winą za moje poczucie osamotnienia bo to oni mają problem z dotarciem do mnie bo to ja im nie pozwalam - tyle że już dawno przestałem zdawać sobie z tego sprawę...
Ni powinienem też już złościć się tak bardzo ponieważ nikt, a w tym ja też nie jestem winny sytuacji mojego osamotnienia, czasem frustrującego zagubienia. Ani ja ani nikt nie jest winny temu, że tęsknię do różnych rzeczy, których nie mam czy nie miałem. To nie jest (niestety) niczyja wina. Nie jest to tez moja wina.
No! A więc to już... Rach, ciach :))).
No to teraz ciekawi mnie ile czasu zanim ta konkluzja domknie mi się w życiu.
...powodują właśnie dokładnie moją odmienność od innych ludzi i potęgują uczucie osamotnienia.
Jest tak, bo jako gatunek obdarzony świadomością uciekamy własnie od uświadamiania sobie, że jesteśmy jednak tylko zwierzętami.
Niesamowite uczucie zrozumieć że cała zasadniczo filozofia i nauka prowadzi do zrozumienia, ze jako człowiek jesteśmy słabi, samotni, miękcy, pozbawieni jakiejkolwiek wzniosłości, efemeryczni do potęgi n - zupełnie aheroiczni i anieśmiertleni.
A nieśmiertelność jest tym, czego wszyscy podświadomie szukamy...
I cóż... Ja nie wiem.. Boję się to powiedzieć, ale tu chyba moje poszukiwania się zakończą, bo znalazłem przynajmniej większość odpowiedzi na pytania, które mnie dosłownie męczyły przez większość mojego życia ze względu na moje wczesne doświadczenia choroby a potem śmierci śmierci bliskich osób, wczesne doświadczenie silnego konfliktu w rodzinie, wczesne doświadczenie wad ludzkich, wczesne odarcie autorytetów z ich niedostępności, magii i niezwykłości. Czyli ze względu na zbyt wczesne doświadczenie słabości tego czym jest człowiek w ogólności.
Teraz rozumiem, co mi się stało, rozumiem kim jestem, rozumiem dlaczego tęsknię do różnych niedookreślonych stanów emocjonalnych, przeżyć których nigdy nie było. Rozumiem już wiele ze swoich fantazji. Rozumiem wiele ze swojego strachu.
Cieszę się bo hamujące moją wesołość, towarzyszące mi przeczucie śmierci okazuje się w opinii wielu normalnym elementem swoistego oświecenia, tzn. pewnej głębszej samoświadomości polegającej po prostu na obdarciu życia czy człowieka z pewnych narosłych rzekomych cech, rzekomej kolorystyki by tak rzec, rzekomej interpretacji, rzekomych powinności, rzekomych niebezpieczeństw. Oświecenia jednak, które ma swoją cenę. Śmieszne, bo to "oświecenie" utrudnia mi niesamowicie życie w społeczeństwie, a więc zasadniczo utrudnia stosunki towarzyskie, tworzenie różnych więzi społecznych, które mogą stanowić duże wsparcie dla człowieka, hamuje wiele "typowych" wewnętrznych motorów działania (motywacji), itd., etc. Ten wgląd osamotnia mnie, wyrzuca poza nawias, wystawia na próbę. Daje więcej wolności, ale wystawia na strach przed nią. Wystawia na odpowiedzialność.
Jakby to nie było dla nie przykre - nie mogę już obarczać innych winą za moje poczucie osamotnienia bo to oni mają problem z dotarciem do mnie bo to ja im nie pozwalam - tyle że już dawno przestałem zdawać sobie z tego sprawę...
Ni powinienem też już złościć się tak bardzo ponieważ nikt, a w tym ja też nie jestem winny sytuacji mojego osamotnienia, czasem frustrującego zagubienia. Ani ja ani nikt nie jest winny temu, że tęsknię do różnych rzeczy, których nie mam czy nie miałem. To nie jest (niestety) niczyja wina. Nie jest to tez moja wina.
No! A więc to już... Rach, ciach :))).
No to teraz ciekawi mnie ile czasu zanim ta konkluzja domknie mi się w życiu.
Monday, August 23, 2010
All in all
Ja to bym najchetniej wsiadł sobie w samochód i jechał, jechał i jechał... Takim dużym, bardzo komfortowym samochodem z nawigacją, fotelami w skórze, automatem, wentylowną tapicerką i wszystkimi innymi gadzetami.
Zasadniczo to właśnie robię i tak z tym, że znacznie mniejszym, mniej komfortmowym samochodem i z tylko kilkoma gadzetami...
To nie dobrze z dwóch powodów: 1./ bo przede wszystkim źle, że ciągle chcę jechać a 2./ po drugie bo jeśli już jechać to tym najwyższym modelem. A tak to sam się zawieszam pomiędzy.
I nigdy nie bedę zadowolony.
Jak to ja.
Dziś rano zauważyłem że ciągle sie boję. Tzn jakby nie ja ja tylko mały ja we mnie. Ten który bał się też wtedy gdy był mały bo nie było za bardzo komu mu powiedzieć że nie musi się bać. No i ten mały ciągle jeste mały - nie zcalił się z dużym. Chyba zapominam go przytulać ostatnio...
E tam, tak naprawdę to ja bym najchętniej zapomniał że trzeba go przytulać ;). Bo przecież jestem taki dorosły i silny. Ha, ha ,ha - błgie życzenia. Nietrafione w ogóle te życzenia bo przecie nie o to chodzi w ogóle. No ale nałożyli nam do głów że trzeba.
A nie trzeba kurwa i już!
I tak.... Będę się kręcił w kółko do póki tego nie zasymiliuję.
...Juz się nawet przyzwyczaiłem do tej myśli. Co ciekawe - nie przeraża mnie ona już jaki kiedyś. Więcej - ja tego nigdy nie zasymiluję. Ja będę żył czując ból. I ten ból będzie się do mnie uśmiechał i ja do niego będę się uśmiechał - już tak czasem robię.
Nie ma nic cieplejszego niż rozumienie siebie. Kieruję się w tamtą stronę. Ale to jeszcze długa droga.
Zasadniczo to właśnie robię i tak z tym, że znacznie mniejszym, mniej komfortmowym samochodem i z tylko kilkoma gadzetami...
To nie dobrze z dwóch powodów: 1./ bo przede wszystkim źle, że ciągle chcę jechać a 2./ po drugie bo jeśli już jechać to tym najwyższym modelem. A tak to sam się zawieszam pomiędzy.
I nigdy nie bedę zadowolony.
Jak to ja.
Dziś rano zauważyłem że ciągle sie boję. Tzn jakby nie ja ja tylko mały ja we mnie. Ten który bał się też wtedy gdy był mały bo nie było za bardzo komu mu powiedzieć że nie musi się bać. No i ten mały ciągle jeste mały - nie zcalił się z dużym. Chyba zapominam go przytulać ostatnio...
E tam, tak naprawdę to ja bym najchętniej zapomniał że trzeba go przytulać ;). Bo przecież jestem taki dorosły i silny. Ha, ha ,ha - błgie życzenia. Nietrafione w ogóle te życzenia bo przecie nie o to chodzi w ogóle. No ale nałożyli nam do głów że trzeba.
A nie trzeba kurwa i już!
I tak.... Będę się kręcił w kółko do póki tego nie zasymiliuję.
...Juz się nawet przyzwyczaiłem do tej myśli. Co ciekawe - nie przeraża mnie ona już jaki kiedyś. Więcej - ja tego nigdy nie zasymiluję. Ja będę żył czując ból. I ten ból będzie się do mnie uśmiechał i ja do niego będę się uśmiechał - już tak czasem robię.
Nie ma nic cieplejszego niż rozumienie siebie. Kieruję się w tamtą stronę. Ale to jeszcze długa droga.
Subscribe to:
Posts (Atom)