Odkryłem, iż powodem moich frustracji w pracy jest to, że się z nią identyfikuję.
Kluczem do nie denerwowania się pracą jest nabranie dystancu do niej. Ponieważ jednak identyfikuję się z pracą oznaczałoby to nabranie dystansu do siebie.
Wniosek: nie umiem nabrać dystansu do siebie...
Chyba boję się sobie powiedzieć, że nie jestem najważniejszy na świecie. Chyba nie chcę sobie tego powiedzieć. Dlaczego? Przed czym jest to strach. Co stracę jeśli przestanę być najważniejszy dla siebie? Praktycznie nic, ale widocznie w coś tym gram...
Być może boję się, że jak przestanę być dla siebie najważniejszy to będę musiał zamknąć gębę, przestać narzekać i zacząć się starać. Mniej myśleć i gadać o sobie a więcej czuć z tego to się naokoło mnie dzieje, co czują inni, co jest ważne dla ludzi innych niż ja.
Głupio tak sobie z tego zdać sprawę nagle....
Trudno przestać się ze sobą pieprzyć.
Monday, February 22, 2010
Thursday, February 4, 2010
Anger
Nieoczekiwanie moim wielkim przyjacielem stała się moja złość. Nie jakaś konkretna złość tylko złość na różne napotykane rzeczy. Taka bieżąca złość.
Odkryłem że mam jej w sobie dużo ale próbowałem jej nie widzieć - takie tabu, że nie wolno się złościć bo to cywilizowanemu człowiekowi nie przystoi. Takie małe samo-oszukanko ;).
I tak, złoszczę się. Czuję często złość. Ta złość daje mi dodatkową energię do akceptacji siebie, ro działania, do myślenia o swoim zdrowo pojętym interesie. Energię i motywację do robienia rzeczy inaczej niż mnie uczono, na przekór woli innych, wyłącznie dla siebie, znacznie częściej impulsywnie, zdrowiej, pełniej, z życiem, z wiarą.
Złość, ta niedobra - staje się moim przyjacielem; staje się dobra; staje się potrzebna.
Złość staje się jednym z narzędzi życia.
Złość stała się elementem mnie.
Odkryłem że mam jej w sobie dużo ale próbowałem jej nie widzieć - takie tabu, że nie wolno się złościć bo to cywilizowanemu człowiekowi nie przystoi. Takie małe samo-oszukanko ;).
I tak, złoszczę się. Czuję często złość. Ta złość daje mi dodatkową energię do akceptacji siebie, ro działania, do myślenia o swoim zdrowo pojętym interesie. Energię i motywację do robienia rzeczy inaczej niż mnie uczono, na przekór woli innych, wyłącznie dla siebie, znacznie częściej impulsywnie, zdrowiej, pełniej, z życiem, z wiarą.
Złość, ta niedobra - staje się moim przyjacielem; staje się dobra; staje się potrzebna.
Złość staje się jednym z narzędzi życia.
Złość stała się elementem mnie.
Wednesday, January 6, 2010
Poświęcenie i koncentracja.
Minęło sporo czasu i pracy ze sobą...
Teraz poświęcam się sobie i koncentruję na tym co robię.
Nie zadaję niepotrzebnych ani groźnych pytań, bo one nigdy nie miały sensu. Uwagą obdarzam prozę i w niej staram się odnaleźć satysfakcję.
Chcę i potrzebuję znacznie mniej niż kiedyś. Rozumiem co mogę, a czego raczej nie mogę. Jestem więc spokojniejszy, a wrażenie wpływu na własną rzeczywistość urosło znacząco.
Zbyt abstrakcyjna jak dla mnie dotychczas hipoteza jakoby człowiek tworzył swoją rzeczywistość poprzez swoje czy, a potem przez ich interpretację nabrała dla mnie ostatnio wymiaru praktycznego.
Nie ma nic już, bo wszystko jest teraz. I to chyba poczucie immanentnej cechy każdego procesu jaką jest jego rozpiętość w czasie definiuje moją zmianę. Szanuje moment teraźniejszy. Nie jest to łatwe i chwile wciąż mi umykają i umykać będą. W każdym razie bycie w kontakcie z upływem czasu przybliża wręcz ezoterycznie do istoty rzeczywistości, a także naszego w niej istnienia.
Dalej, szczere w stosunku do siebie postrzeganie tej rzeczywistości daje wielki wgląd w nas samych (przynajmniej u mnie odbywa się to w tą stronę).
Potem idzie odkrywanie tego czego się chce od życia, co się w nim chce robić i co sprawia największą przyjemność.
I tak dochodzimy do tego co dla nas ważne, a więc tworzy się hierarchia i teraz już można prawdziwie żyć.
Więc należy odrzucić szumne przeszkadzajki i rozpocząć prawdziwe życie.
Teraz poświęcam się sobie i koncentruję na tym co robię.
Nie zadaję niepotrzebnych ani groźnych pytań, bo one nigdy nie miały sensu. Uwagą obdarzam prozę i w niej staram się odnaleźć satysfakcję.
Chcę i potrzebuję znacznie mniej niż kiedyś. Rozumiem co mogę, a czego raczej nie mogę. Jestem więc spokojniejszy, a wrażenie wpływu na własną rzeczywistość urosło znacząco.
Zbyt abstrakcyjna jak dla mnie dotychczas hipoteza jakoby człowiek tworzył swoją rzeczywistość poprzez swoje czy, a potem przez ich interpretację nabrała dla mnie ostatnio wymiaru praktycznego.
Nie ma nic już, bo wszystko jest teraz. I to chyba poczucie immanentnej cechy każdego procesu jaką jest jego rozpiętość w czasie definiuje moją zmianę. Szanuje moment teraźniejszy. Nie jest to łatwe i chwile wciąż mi umykają i umykać będą. W każdym razie bycie w kontakcie z upływem czasu przybliża wręcz ezoterycznie do istoty rzeczywistości, a także naszego w niej istnienia.
Dalej, szczere w stosunku do siebie postrzeganie tej rzeczywistości daje wielki wgląd w nas samych (przynajmniej u mnie odbywa się to w tą stronę).
Potem idzie odkrywanie tego czego się chce od życia, co się w nim chce robić i co sprawia największą przyjemność.
I tak dochodzimy do tego co dla nas ważne, a więc tworzy się hierarchia i teraz już można prawdziwie żyć.
Więc należy odrzucić szumne przeszkadzajki i rozpocząć prawdziwe życie.
Saturday, September 26, 2009
Dysproporcje
Jestem przerostem formy nad treścią. Forma kłamie o mnie, treść to smutek.
Każda radość ma w sobie smutek, a każdy smutek ma w sobie odrobinę radości.
Radości jest niewiele, a smutek jest prawie zawsze. Męczy mnie to. Wydaje mi się to nie mieć sensu.
Nie sądzę, żeby o to chodziło w życiu. Ja jednak tak właśnie swoje życie przeżywam.
Rzygać mi się chce... Nie umiem znaleźć zadowolenia. Próbuję. Nie umiem. Mała chwila radości wymaga olbrzymiego nakładu pracy.
Nie potrafię się zmienić tak aby rzeczy były proste. Wszystko na około jawi mi się jako niepotrzebnie zbyt skomplikowane. Nie wiem... Nudzi mnie takie życie, a z drugiej strony nie znam, czy też nie umiem sobie wyobrazić alternatywy.
Tzn alternatywy są, ale są to dość rewolucyjne alternatywy, które szczerze boję się podjąć.
Nie mam pomysłu jak zmienić swoje życie jakoś tak tylko trochę, żeby było lepiej. Żebym był szczęśliwszy.
Próbuję robić rzeczy, o których wiem, że zawsze mnie interesowały, ale dają mi one radość tylko na chwilę. Potem pojawiają się odwiecznie powracające pytania: po co? jaką to ma doniosłość? co z tego wynika?
Dlaczego ja tak wszystko kwestionuję? Co mi się takiego stało w życiu, żebym musiał tak się "bronić"? O co chodzi w tym mechanizmie?
Nie mam już siły wyprawiać się w introspekcje, szukać łańcuchów przyczyn i skutków. Ja chcę po prostu mieć lepsze samopoczucie, mniej się wahać, żyć tu i teraz, nie zastanawiać się tyle nad tym co powinienem albo czego nie mam czy nad tym co by mogło być. Dlaczego jest mi tak trudno się od tego uwolnić? Czemu wciąż żyję po ciemniej stronie życia?
Jest strach... Przed czym konkretnie? Nie jestem pewien. Przed ojcem, który wiecznie mnie źle oceniał? Przed kuzynem, który wiecznie obśmiewał? Przed matką, która znowu nie pokocha? Ileż do kurwy nędzy można to wszystko przeżywać? Ileż czasu kurwa to wszystko będzie mną jeszcze "sterować". Dosyć mam kurwa. Dosyć!
Zawsze mi coś kurwa przeszkadza w teraźniejszości i nigdy w niej do końca nie jestem.
Zaczynam uważać, że mam jakieś problemy o podłożu biologicznym...
Jeżeli będę to wszystko nadal oceniał w ten sposób gdy skończę ten etap pracy nad sobą skonsultuję się chyba z psychiatrą.
Każda radość ma w sobie smutek, a każdy smutek ma w sobie odrobinę radości.
Radości jest niewiele, a smutek jest prawie zawsze. Męczy mnie to. Wydaje mi się to nie mieć sensu.
Nie sądzę, żeby o to chodziło w życiu. Ja jednak tak właśnie swoje życie przeżywam.
Rzygać mi się chce... Nie umiem znaleźć zadowolenia. Próbuję. Nie umiem. Mała chwila radości wymaga olbrzymiego nakładu pracy.
Nie potrafię się zmienić tak aby rzeczy były proste. Wszystko na około jawi mi się jako niepotrzebnie zbyt skomplikowane. Nie wiem... Nudzi mnie takie życie, a z drugiej strony nie znam, czy też nie umiem sobie wyobrazić alternatywy.
Tzn alternatywy są, ale są to dość rewolucyjne alternatywy, które szczerze boję się podjąć.
Nie mam pomysłu jak zmienić swoje życie jakoś tak tylko trochę, żeby było lepiej. Żebym był szczęśliwszy.
Próbuję robić rzeczy, o których wiem, że zawsze mnie interesowały, ale dają mi one radość tylko na chwilę. Potem pojawiają się odwiecznie powracające pytania: po co? jaką to ma doniosłość? co z tego wynika?
Dlaczego ja tak wszystko kwestionuję? Co mi się takiego stało w życiu, żebym musiał tak się "bronić"? O co chodzi w tym mechanizmie?
Nie mam już siły wyprawiać się w introspekcje, szukać łańcuchów przyczyn i skutków. Ja chcę po prostu mieć lepsze samopoczucie, mniej się wahać, żyć tu i teraz, nie zastanawiać się tyle nad tym co powinienem albo czego nie mam czy nad tym co by mogło być. Dlaczego jest mi tak trudno się od tego uwolnić? Czemu wciąż żyję po ciemniej stronie życia?
Jest strach... Przed czym konkretnie? Nie jestem pewien. Przed ojcem, który wiecznie mnie źle oceniał? Przed kuzynem, który wiecznie obśmiewał? Przed matką, która znowu nie pokocha? Ileż do kurwy nędzy można to wszystko przeżywać? Ileż czasu kurwa to wszystko będzie mną jeszcze "sterować". Dosyć mam kurwa. Dosyć!
Zawsze mi coś kurwa przeszkadza w teraźniejszości i nigdy w niej do końca nie jestem.
Zaczynam uważać, że mam jakieś problemy o podłożu biologicznym...
Jeżeli będę to wszystko nadal oceniał w ten sposób gdy skończę ten etap pracy nad sobą skonsultuję się chyba z psychiatrą.
Tuesday, September 22, 2009
Brzeszczot wglądu.
Spostrzegania kim jestem i czego chcę ciąg dalszy obecnie. I w zasadzie tyle. Tylko tyle, ale aż tyle pracy.
Oczyszczam się z "powinności". Żmudny proces. Dzieje się sam i nie można nic a nic przyspieszyć. Można powiedzieć, że odkrywam siebie poprzez przypadki, poprzez nagłe odkrywanie głębokich, nieoczekiwanych znaczeń w codziennych rutynach i przyzwyczajeniach.
Ławice rzekomych powinności są splątane z ławicami moich własnych cech i marzeń. Rozgarniam, odławiam, kieruję, patrzę. Dziwoty...
Być sobą to trudne "zjawisko" psycho-fizyczne. Trudne bo łatwe. Tak trudne, bo tak łatwe. Nie widać siebie bo ja jest wplecione (w tą stronę właśnie) w strukturę powinności, którą ktoś tworzy za nas. Odważę się powiedzieć, że ja, które jest nie do końca uświadomione przez właściciela, a więc uśpione, nie ma szans w tym stanie na asertywność w stosunku to tej struktury powinności.
Mnie (i pewnie moim przodkom też) ta struktura dawała jakby powiększenie samego siebie (rzutowanie) na rzeczy nijak nie wchodzące w skład ja.
Ja jest proste. Po prostu jest, ale jest zbyt nieśmiałe w stosunku do struktury by z nią prowadzić dyskurs. By polemizować. Moje ja przynajmniej takie było.
Ktoś powie: "Ta struktura była Ci do czegoś potrzebna". Ze zdaniem się zgodzę ale nie z intencją. Tak struktura była mi potrzebna po prostu do życia bo nic innego nie znałem, a struktura reprezentowała to w co wierzyli (czy tam chcieli wierzyć) moi bliscy - Ci najważniejsi ludzie w moim życiu. Potem, gdy odeszli potrzebowałem strukturę kontynuować - oczywiście. Kontynuowałem żeby nie utracić poczucia rzeczywistości, gdy sens na chwilę zanikł. Potrzebowałem kontynuować schematy, by czuć się blisko w utraconymi kochanymi.
A teraz intencja takiego zdania, która ja odbieram jako: "mogłeś się zorientować, że to nie ty, że to nie o to chodzi". Z takim rozumieniem się nie zgadzam. Nie mogłem. Nie miałem jak. Dopiero stworzenie, zewnętrznej struktury zastępczej, struktury stricte materialnej, (stałe środki do życia, mieszkanie, samochód, ogólna normalizacja przez którą rozumiem odpadnięcie dających się łatwo racjonalizować lęków dotyczących materialnej sfery życia oraz rozpoczęcie wpuszczania do siebie ludzi) pozwoliło mi zacząć się rozglądać po moim świecie; pozwoliło po raz pierwszy zadać pytanie o siebie, a nie o zjawiska na zewnątrz mnie - te niezależne ode mnie. Dopiero wtedy wszedłem na drogę, którą kroczę i będę już kroczył (bo już nie pamiętam jak to było wcześniej) do końca życia - drogę Ja.
Ja jest mało skomplikowane, objętościowo niewielkie. I, co ważne bardzo niewiele potrzebujące.
Gratuluję Wszystkim, którzy rozpoczęli trud szukania siebie i głęboko szanuję Wszystkich, którzy nie wiedzą, że siebie unikają.
Komu jest łatwiej? Nikomu - obie grupy w zasadzie mają jednakowo przesrane z tym, że grupa pierwsza z uświadomionej opresji wyjdzie, a druga się w niej okopie, a następnie stworzy kolejne pokolenie żyjących z okopów.
Oczyszczam się z "powinności". Żmudny proces. Dzieje się sam i nie można nic a nic przyspieszyć. Można powiedzieć, że odkrywam siebie poprzez przypadki, poprzez nagłe odkrywanie głębokich, nieoczekiwanych znaczeń w codziennych rutynach i przyzwyczajeniach.
Ławice rzekomych powinności są splątane z ławicami moich własnych cech i marzeń. Rozgarniam, odławiam, kieruję, patrzę. Dziwoty...
Być sobą to trudne "zjawisko" psycho-fizyczne. Trudne bo łatwe. Tak trudne, bo tak łatwe. Nie widać siebie bo ja jest wplecione (w tą stronę właśnie) w strukturę powinności, którą ktoś tworzy za nas. Odważę się powiedzieć, że ja, które jest nie do końca uświadomione przez właściciela, a więc uśpione, nie ma szans w tym stanie na asertywność w stosunku to tej struktury powinności.
Mnie (i pewnie moim przodkom też) ta struktura dawała jakby powiększenie samego siebie (rzutowanie) na rzeczy nijak nie wchodzące w skład ja.
Ja jest proste. Po prostu jest, ale jest zbyt nieśmiałe w stosunku do struktury by z nią prowadzić dyskurs. By polemizować. Moje ja przynajmniej takie było.
Ktoś powie: "Ta struktura była Ci do czegoś potrzebna". Ze zdaniem się zgodzę ale nie z intencją. Tak struktura była mi potrzebna po prostu do życia bo nic innego nie znałem, a struktura reprezentowała to w co wierzyli (czy tam chcieli wierzyć) moi bliscy - Ci najważniejsi ludzie w moim życiu. Potem, gdy odeszli potrzebowałem strukturę kontynuować - oczywiście. Kontynuowałem żeby nie utracić poczucia rzeczywistości, gdy sens na chwilę zanikł. Potrzebowałem kontynuować schematy, by czuć się blisko w utraconymi kochanymi.
A teraz intencja takiego zdania, która ja odbieram jako: "mogłeś się zorientować, że to nie ty, że to nie o to chodzi". Z takim rozumieniem się nie zgadzam. Nie mogłem. Nie miałem jak. Dopiero stworzenie, zewnętrznej struktury zastępczej, struktury stricte materialnej, (stałe środki do życia, mieszkanie, samochód, ogólna normalizacja przez którą rozumiem odpadnięcie dających się łatwo racjonalizować lęków dotyczących materialnej sfery życia oraz rozpoczęcie wpuszczania do siebie ludzi) pozwoliło mi zacząć się rozglądać po moim świecie; pozwoliło po raz pierwszy zadać pytanie o siebie, a nie o zjawiska na zewnątrz mnie - te niezależne ode mnie. Dopiero wtedy wszedłem na drogę, którą kroczę i będę już kroczył (bo już nie pamiętam jak to było wcześniej) do końca życia - drogę Ja.
Ja jest mało skomplikowane, objętościowo niewielkie. I, co ważne bardzo niewiele potrzebujące.
Gratuluję Wszystkim, którzy rozpoczęli trud szukania siebie i głęboko szanuję Wszystkich, którzy nie wiedzą, że siebie unikają.
Komu jest łatwiej? Nikomu - obie grupy w zasadzie mają jednakowo przesrane z tym, że grupa pierwsza z uświadomionej opresji wyjdzie, a druga się w niej okopie, a następnie stworzy kolejne pokolenie żyjących z okopów.
Monday, August 24, 2009
Dziwoty.
To wszystko miało być inaczej.
Miałem być kimś wyjątkowym. Kimś z trudną przeszłością. Kimś z wyjątkowa i wielką przyszłością.
Kimś dorosłym, bogatym i wspaniałym...
Miałem być...
A jestem kimś zupełnie innym.
Zupełnie normalnym, omylnym, zagubionym, wrażliwym, średnio inteligentnym, zupełnie dziecinnym bytem.
Zostały mi wielkie aspiracje, garstka planów i trochę pieniędzy. Ponadto wielki foch na świat, że nie jestem taki jaki miałem być.
Jestem sobie i powoli próbuję od nowa (od zera), na nowy sposób (wyemancypowany od skryptów) budować swój świat.
Rzeczy kiedyś najważniejsze i wręcz podstawowe teraz jawią się jako mocno zakurzone, przewartościowane, dziecinne zabawki. Wszystkie te rojenia filozoficzne, wszystkie wielkie plany dziergane, a następnie przyjmowane za pewnik... ...zgasły.
Jestem nowy. Sam. Oszukany.
Powietrze uciekło... Balon zdechł był.
Oklapłem sobie zupełnie i patrzę. Patrzę i docierają do mnie różne, zupełnie przyziemne normalności tego świata.
A tyle ważnych rzeczy zaniedbałem w międzyczasie. Tyle nie zbudowałem bo nie wiedziałem nawet, ze trzeba.
Moja rodzina nigdy mnie za bardzo nie rozumiała. Bo też komplikowałem się jak mogłem. Komplikowałem ich też, sobie. Komplikowałem wszystko. Cały świat był niesamowicie skomplikowany, pełen tajemnic, niebezpieczeństw i przyszłych wspaniałości, na które z wielkim napięciem czekałem. Nic się nie wydarzyło.
Rodzice umarli... Babcie i dziadkowie umarli... Potem został balon, na którym jeszcze przez wiele lat lewitowałem gdzieś pod sufitem.
Teraz nie mam już nawet tego balonu. Bo powietrze uszło z niego spokojnie.
Zostałem teraz na prawdę sam.
Sam bez wymówek, bez możliwości ucieczki, bez zawiłych algorytmów interpretowania rzeczywistości.
Bo wszystko stało się nagle proste. Nie wymagające interpretacji. Wręcz nudne. Takie nie-baśniowe, zwykłe.
Śmiać mi się zachciało o uzmysłowiłem sobie pewne mogące zabrzmieć pompatyczne skojarzenie, które właśnie mi przyszło do głowy, mianowicie, że przeistoczenie to zawdzięczam Miłoszowi. Przeczytałem ostatnio jego jedną książkę, w zasadzie przypadkowo. Ale ten jego prawie katastrofizm, przewrotna wiara w boga i sumienna, acz wydaje się mnie laikowi trafna samokrytyka ulżyły mi. Uświadomiłem sobie, że też mam prawo taki być. No może nie aż tak, bo na to jeszczem za młody, ale gdzieś tam, w tych rejonach. I coś mi puściło. Poczułem się nie-sam. Poczułem się normalniej, bardziej na ziemi, bardziej tu i teraz.
Strasznie się dziwię teraz tej normalności swojej. Temu jak nagle umiem siebie akceptować. Strasznie się dziwię, że nie ma już tych planów, napiętego oczekiwania, analizowania przeszłości, niezadowolenia.
Jestem sam, dość samotnie się czuję. Samotnie, bo jeszcze nie wiem co z tym wszystkim robić. Z automatu próbuję to jakoś komunikować, jakoś o tym opowiadać, ale... nie ma słów. Nie da się.
Spadam z ołtarza ciągle przez ostatnie dwa lata mniej więcej. Spadam z tych swoich wirtualnych piedestałów w plastyczne objęcia rzeczywistości i oglądam po drodze wiele ciekawych rzeczy. Ze swojego środka głównie. Ciekawa podróż...
Wolno ten pociąg jedzie, coraz wolniej. Sama podróż już mi się nawet lekko nudzi.
Ale jestem dotkliwie sam. Sam, bo nikogo do siebie nie wpuszczałem w zasadzie nigdy i nigdy nie nauczyłem się... no, normalnie kontaktować się z ludźmi. Wielu ludzi w moim otoczeniu nie doceniałem na czas. To jest dla mnie ciężka nauczka.
Walczyłem o rzeczy dziś dla mnie nie przedstawiające żadnej wartości. Lekceważyłem rzeczy, do których dziś tęsknię. Lekceważyłem czas. Lekceważyłem ludzi. Lekceważyłem miejsca.
Dziś to dla mnie nagle trudny czas. Bo zacząłem czuć dziś. Zacząłem w dziś żyć. I tu się okazuje, że jest mi trudno żyć w teraz. Bo zawsze uciekałem...
Ja nie umiem jeszcze po prostu. Jest mi dziwnie żyć w teraz, a nie w planach, czy analizach zaprzeszłości. Jest mi trudno odebrać sobie piedestał wyższości, w który uciekłem, piedestał męczeństwa, piedestał oceny a priori.
I tak, jakoś głupio w ten nowy sposób wchodzić w kontakt ze światem, ba w kontakt z samym sobą jest trudniej tak wchodzić. Bo nagle na pierwsze miejsce wychodzi to co robię, mówię i kim jest właśnie w tym momencie, a nie kiedyś tam.
I pusty jest ten mój nowy świat bez tych wszystkich bajek... I szary jakiś taki. I smutno mi...
Ale jest to też świat sprawczości, świadomej asertywności, świat bardzo świadomego mówienia sobie i innym tak albo nie. Świat dojrzałych wyborów. Wyborów na tu i teraz. Świat wreszcie inteligibilny, (a nie debilny).
Świat nagle stał się dla mnie na nowo nieogarnięty, na nowo trudny, na nowo się go boję i szanuję.
Stał się więc ciekawy. Na nowo ciekawy i pełen wyzwań. Oferujący wiele wspaniałych możliwości i wymagający dużo pracy.
Świat stał się na nowo piękny i niemożliwy.
Zupełnie wypadłem ze swojego czołgu.
Miałem być kimś wyjątkowym. Kimś z trudną przeszłością. Kimś z wyjątkowa i wielką przyszłością.
Kimś dorosłym, bogatym i wspaniałym...
Miałem być...
A jestem kimś zupełnie innym.
Zupełnie normalnym, omylnym, zagubionym, wrażliwym, średnio inteligentnym, zupełnie dziecinnym bytem.
Zostały mi wielkie aspiracje, garstka planów i trochę pieniędzy. Ponadto wielki foch na świat, że nie jestem taki jaki miałem być.
Jestem sobie i powoli próbuję od nowa (od zera), na nowy sposób (wyemancypowany od skryptów) budować swój świat.
Rzeczy kiedyś najważniejsze i wręcz podstawowe teraz jawią się jako mocno zakurzone, przewartościowane, dziecinne zabawki. Wszystkie te rojenia filozoficzne, wszystkie wielkie plany dziergane, a następnie przyjmowane za pewnik... ...zgasły.
Jestem nowy. Sam. Oszukany.
Powietrze uciekło... Balon zdechł był.
Oklapłem sobie zupełnie i patrzę. Patrzę i docierają do mnie różne, zupełnie przyziemne normalności tego świata.
A tyle ważnych rzeczy zaniedbałem w międzyczasie. Tyle nie zbudowałem bo nie wiedziałem nawet, ze trzeba.
Moja rodzina nigdy mnie za bardzo nie rozumiała. Bo też komplikowałem się jak mogłem. Komplikowałem ich też, sobie. Komplikowałem wszystko. Cały świat był niesamowicie skomplikowany, pełen tajemnic, niebezpieczeństw i przyszłych wspaniałości, na które z wielkim napięciem czekałem. Nic się nie wydarzyło.
Rodzice umarli... Babcie i dziadkowie umarli... Potem został balon, na którym jeszcze przez wiele lat lewitowałem gdzieś pod sufitem.
Teraz nie mam już nawet tego balonu. Bo powietrze uszło z niego spokojnie.
Zostałem teraz na prawdę sam.
Sam bez wymówek, bez możliwości ucieczki, bez zawiłych algorytmów interpretowania rzeczywistości.
Bo wszystko stało się nagle proste. Nie wymagające interpretacji. Wręcz nudne. Takie nie-baśniowe, zwykłe.
Śmiać mi się zachciało o uzmysłowiłem sobie pewne mogące zabrzmieć pompatyczne skojarzenie, które właśnie mi przyszło do głowy, mianowicie, że przeistoczenie to zawdzięczam Miłoszowi. Przeczytałem ostatnio jego jedną książkę, w zasadzie przypadkowo. Ale ten jego prawie katastrofizm, przewrotna wiara w boga i sumienna, acz wydaje się mnie laikowi trafna samokrytyka ulżyły mi. Uświadomiłem sobie, że też mam prawo taki być. No może nie aż tak, bo na to jeszczem za młody, ale gdzieś tam, w tych rejonach. I coś mi puściło. Poczułem się nie-sam. Poczułem się normalniej, bardziej na ziemi, bardziej tu i teraz.
Strasznie się dziwię teraz tej normalności swojej. Temu jak nagle umiem siebie akceptować. Strasznie się dziwię, że nie ma już tych planów, napiętego oczekiwania, analizowania przeszłości, niezadowolenia.
Jestem sam, dość samotnie się czuję. Samotnie, bo jeszcze nie wiem co z tym wszystkim robić. Z automatu próbuję to jakoś komunikować, jakoś o tym opowiadać, ale... nie ma słów. Nie da się.
Spadam z ołtarza ciągle przez ostatnie dwa lata mniej więcej. Spadam z tych swoich wirtualnych piedestałów w plastyczne objęcia rzeczywistości i oglądam po drodze wiele ciekawych rzeczy. Ze swojego środka głównie. Ciekawa podróż...
Wolno ten pociąg jedzie, coraz wolniej. Sama podróż już mi się nawet lekko nudzi.
Ale jestem dotkliwie sam. Sam, bo nikogo do siebie nie wpuszczałem w zasadzie nigdy i nigdy nie nauczyłem się... no, normalnie kontaktować się z ludźmi. Wielu ludzi w moim otoczeniu nie doceniałem na czas. To jest dla mnie ciężka nauczka.
Walczyłem o rzeczy dziś dla mnie nie przedstawiające żadnej wartości. Lekceważyłem rzeczy, do których dziś tęsknię. Lekceważyłem czas. Lekceważyłem ludzi. Lekceważyłem miejsca.
Dziś to dla mnie nagle trudny czas. Bo zacząłem czuć dziś. Zacząłem w dziś żyć. I tu się okazuje, że jest mi trudno żyć w teraz. Bo zawsze uciekałem...
Ja nie umiem jeszcze po prostu. Jest mi dziwnie żyć w teraz, a nie w planach, czy analizach zaprzeszłości. Jest mi trudno odebrać sobie piedestał wyższości, w który uciekłem, piedestał męczeństwa, piedestał oceny a priori.
I tak, jakoś głupio w ten nowy sposób wchodzić w kontakt ze światem, ba w kontakt z samym sobą jest trudniej tak wchodzić. Bo nagle na pierwsze miejsce wychodzi to co robię, mówię i kim jest właśnie w tym momencie, a nie kiedyś tam.
I pusty jest ten mój nowy świat bez tych wszystkich bajek... I szary jakiś taki. I smutno mi...
Ale jest to też świat sprawczości, świadomej asertywności, świat bardzo świadomego mówienia sobie i innym tak albo nie. Świat dojrzałych wyborów. Wyborów na tu i teraz. Świat wreszcie inteligibilny, (a nie debilny).
Świat nagle stał się dla mnie na nowo nieogarnięty, na nowo trudny, na nowo się go boję i szanuję.
Stał się więc ciekawy. Na nowo ciekawy i pełen wyzwań. Oferujący wiele wspaniałych możliwości i wymagający dużo pracy.
Świat stał się na nowo piękny i niemożliwy.
Zupełnie wypadłem ze swojego czołgu.
Saturday, August 22, 2009
Dalsze trudności na drodze
Być sobą jest coraz trudniej. Z pewnością dlatego, że dopiero uczę się kim jestem.
Pobłażanie jest trudne (ciągle słowo akceptacja trudno przechodzi mi przez gardło - nie lubię tego słowa...).
Pozwalanie sobie na robienie tego co się akurat chce jest rudne, bo przyzwyczaiłem się tak bardzo myśleć, że wszystko co robię powinno mieć sens. Zacząłem jednak dostrzegać, że otaczająca mnie rzeczywistość jest przepełniona bezsensami. Czemu więc ja mam być inny... W tym bezsensie jest jednak sens. Sens w postaci bycia. Oczywiście nie bycie dla samego bycia.... Stop... Nieważne ;).
Trudne jest bycie sobą i pozwalanie sobie na to. Dla umysłu dotychczas znerwicowanego, rozlatanego jest to szczególnie trudne. Bo trudne jest umiejscowienie siebie w teraz. "Teraz" jest przepełnione sobą. Ja jest przepełnione "teraz".
Bycie samemu ze sobą...
Niekomunikowalność vs. dziecięca potrzeba komunikowalności, współodczuwania dokładnie tego samego w tej samej chwili.
Bunt...
Rozgoryczenie...
Ciągle...
Niezmiennie...
Trwam.
Jestem.
Coraz dokładniej współodczuwam ze sobą.
Ciało... Takie jakieś drugie ja. Chroni mnie... Osłania.
A sens zaczyna się jawić dużo prościej i... jakoś tak nudno... jakoś tak za łatwo...
Zwalniam... Ta łatwość jest pozorna. Tkwi w niej trudność. Trudność, jak przechrzciłem akceptację - pobłażania.
Łamię się. Łamię się straszliwie. Odpadają gzymsy, elewacja, dekoracje... Zostaję ja w tym bajzlu.
Boję się tej prostoty - PRZYZNAJĘ SIĘ! Ta prostota jest dla mnie jak nicość. Nic w tej nicości nie trzeba prawie robić; można robić co się chce.
KURCZAKI! Nie umiem odnaleźć szczęścia w nic nie musieniu. Potrzebuję programu-stymulatora. Potrzebuję głosu, który mówi, że coś jest ważne. Głosu, który zdecyduje za mnie. Głosu, który wie i, za którym mógłbym podążać. Niewiarygodne, że taki jestem. Nie wiarygodne, że to jest prawda.
Niewiarygodne, że to co uznawałem za swoją siłę to jedynie był program.
Potrzebuję coraz mnie tego czego kiedyś potrzebowałem bardzo. Tego czym się definiowałem. Zaczynam potrzebować rzeczy nowych. Nie znam się na tych nowościach. Zupełnie się nie znam.
Otwierają się we mnie kanały do moich własnych tęsknot. Otwierają się przepaści prawdziwych braków. Otwiera się droga do prawdziwych przyczyn, czy struktury mojej samotności.
I znowu wniosek, że to co robiłem dotychczas to nie było dla mnie. I złość mnie strzela. Znowu.
Kolejny cykl. Już dużo bardziej subtelny, ale cykl. Już w zasadzie cykl ma inne znaczenie. To zaczęły być od jakiegoś czasu cykle wiedzy. Samowiedzy. Cykle zmiany, buntu i integracji. Cykle otwierania blizny, krwawienia, zamykania i gojenia. Nic wielkiego - życie...
Fajki - nie potrzebuję.
Kawa - piję, żeby fajki lepiej smakowały i żeby więcej móc ich wypalić.
Jedzenie - jem co popadnie. Wciąż. I dupa z tej całej moje wiedzy o dietetyce, metabolizmie i fizjologii.
Kolano - boli, ale co z tego. Nic. Przecież ostatnio ciągle boli, a mimo to trenuję.
Ciało - zaciekawiło mnie, ale ciągle je spycham. Ciągle mam do niego stosunek mensiarchalny (stworzyłem sobie na swój użytek takie neologizmy dwa: mensiarchalny i corpsiarchalny - proszę się nie śmiać - nie spędziłem nad ich strukturą lingwistyczną zbyt wiele czasu, a i łacinę znam za słabo). Dlatego właśnie zamiast poćwiczyć siedzę przed kompem.
W zasadzie nadal jest do dupy...
Fakt ten jest bardzo smutny i już zaczynał odbierać mi w końcu nadzieję, lecz moja studnia beznadziei zaczęła się jakby znienacka powoli zapełniać wodą, a woda ta powoli unosi mnie do góry. Z powrotem ku powierzchni. Powoli. Bardzo powoli. Alu zaczęła.
Powoli, ku mojemu wpierw niedowierzaniu zaczynam widzieć, że właśnie to co nazywam byciem czy odczuwaniem rzeczy jako do dupy... jest mną.
Cóż jeśli mam zacząć budowanie siebie od stwierdzenia, że jednak na prawdę jestem do dupy to trudno. Zawsze coś. Coś, bo to jest moje. Czuję, że jest do dupy na jedyny w swoim rodzaju sposób w tym wszechświecie. Z pewnością najbardziej wysublimowany i swoisty - jedyny.
A więc jest do dupy. Tym razem jednak czuję, że tak właśnie powinno być.
Moim pierwszym krokiem niech będzie więc rozpoczęcie wywijania tego świata wartości na lewą stronę. Zobaczymy czego się dowiem.
Pobłażanie jest trudne (ciągle słowo akceptacja trudno przechodzi mi przez gardło - nie lubię tego słowa...).
Pozwalanie sobie na robienie tego co się akurat chce jest rudne, bo przyzwyczaiłem się tak bardzo myśleć, że wszystko co robię powinno mieć sens. Zacząłem jednak dostrzegać, że otaczająca mnie rzeczywistość jest przepełniona bezsensami. Czemu więc ja mam być inny... W tym bezsensie jest jednak sens. Sens w postaci bycia. Oczywiście nie bycie dla samego bycia.... Stop... Nieważne ;).
Trudne jest bycie sobą i pozwalanie sobie na to. Dla umysłu dotychczas znerwicowanego, rozlatanego jest to szczególnie trudne. Bo trudne jest umiejscowienie siebie w teraz. "Teraz" jest przepełnione sobą. Ja jest przepełnione "teraz".
Bycie samemu ze sobą...
Niekomunikowalność vs. dziecięca potrzeba komunikowalności, współodczuwania dokładnie tego samego w tej samej chwili.
Bunt...
Rozgoryczenie...
Ciągle...
Niezmiennie...
Trwam.
Jestem.
Coraz dokładniej współodczuwam ze sobą.
Ciało... Takie jakieś drugie ja. Chroni mnie... Osłania.
A sens zaczyna się jawić dużo prościej i... jakoś tak nudno... jakoś tak za łatwo...
Zwalniam... Ta łatwość jest pozorna. Tkwi w niej trudność. Trudność, jak przechrzciłem akceptację - pobłażania.
Łamię się. Łamię się straszliwie. Odpadają gzymsy, elewacja, dekoracje... Zostaję ja w tym bajzlu.
Boję się tej prostoty - PRZYZNAJĘ SIĘ! Ta prostota jest dla mnie jak nicość. Nic w tej nicości nie trzeba prawie robić; można robić co się chce.
KURCZAKI! Nie umiem odnaleźć szczęścia w nic nie musieniu. Potrzebuję programu-stymulatora. Potrzebuję głosu, który mówi, że coś jest ważne. Głosu, który zdecyduje za mnie. Głosu, który wie i, za którym mógłbym podążać. Niewiarygodne, że taki jestem. Nie wiarygodne, że to jest prawda.
Niewiarygodne, że to co uznawałem za swoją siłę to jedynie był program.
Potrzebuję coraz mnie tego czego kiedyś potrzebowałem bardzo. Tego czym się definiowałem. Zaczynam potrzebować rzeczy nowych. Nie znam się na tych nowościach. Zupełnie się nie znam.
Otwierają się we mnie kanały do moich własnych tęsknot. Otwierają się przepaści prawdziwych braków. Otwiera się droga do prawdziwych przyczyn, czy struktury mojej samotności.
I znowu wniosek, że to co robiłem dotychczas to nie było dla mnie. I złość mnie strzela. Znowu.
Kolejny cykl. Już dużo bardziej subtelny, ale cykl. Już w zasadzie cykl ma inne znaczenie. To zaczęły być od jakiegoś czasu cykle wiedzy. Samowiedzy. Cykle zmiany, buntu i integracji. Cykle otwierania blizny, krwawienia, zamykania i gojenia. Nic wielkiego - życie...
Fajki - nie potrzebuję.
Kawa - piję, żeby fajki lepiej smakowały i żeby więcej móc ich wypalić.
Jedzenie - jem co popadnie. Wciąż. I dupa z tej całej moje wiedzy o dietetyce, metabolizmie i fizjologii.
Kolano - boli, ale co z tego. Nic. Przecież ostatnio ciągle boli, a mimo to trenuję.
Ciało - zaciekawiło mnie, ale ciągle je spycham. Ciągle mam do niego stosunek mensiarchalny (stworzyłem sobie na swój użytek takie neologizmy dwa: mensiarchalny i corpsiarchalny - proszę się nie śmiać - nie spędziłem nad ich strukturą lingwistyczną zbyt wiele czasu, a i łacinę znam za słabo). Dlatego właśnie zamiast poćwiczyć siedzę przed kompem.
W zasadzie nadal jest do dupy...
Fakt ten jest bardzo smutny i już zaczynał odbierać mi w końcu nadzieję, lecz moja studnia beznadziei zaczęła się jakby znienacka powoli zapełniać wodą, a woda ta powoli unosi mnie do góry. Z powrotem ku powierzchni. Powoli. Bardzo powoli. Alu zaczęła.
Powoli, ku mojemu wpierw niedowierzaniu zaczynam widzieć, że właśnie to co nazywam byciem czy odczuwaniem rzeczy jako do dupy... jest mną.
Cóż jeśli mam zacząć budowanie siebie od stwierdzenia, że jednak na prawdę jestem do dupy to trudno. Zawsze coś. Coś, bo to jest moje. Czuję, że jest do dupy na jedyny w swoim rodzaju sposób w tym wszechświecie. Z pewnością najbardziej wysublimowany i swoisty - jedyny.
A więc jest do dupy. Tym razem jednak czuję, że tak właśnie powinno być.
Moim pierwszym krokiem niech będzie więc rozpoczęcie wywijania tego świata wartości na lewą stronę. Zobaczymy czego się dowiem.
Subscribe to:
Posts (Atom)