Monday, October 6, 2014

Czekając na przyzwolenie aby umrzeć...

...zrozumiałem dziś, że czeka mnie ciekawa reszta życia.

Wednesday, January 2, 2013

Roy

Roy Ayers wprowadza mnie właśnie w ten drugi dzień Nowego Roku... Siedzę w pracy i pchają mi się na myśl podsumowania.

Przede wszystkim w 2012 zauważyłem jak bardzo nie chcę się cieszyć. Zauważyłem jak wiele z tych moich "dołów" ja chciałem. Jak często chciałem czuć się źle ze sobą, jak bardzo chciałem przeżywać negatywne emocje. Gdzieś w dzieciństwie negatywizm stał się moją skorupą, moim pretekstem, moją wyższością. Moim więzieniem w konsekwencji...

Znowu śnił mi się ten królik, który do mnie przychodzi, głaszczę go i w pewnej chwili ogarnia mnie horror świadomości, że mam pełną kontrolę nad jego życiem, że mogę go w każdej chwili zabić i nie poniosę z tej przyczyny żadnej kary. Te odczucia coś robią we mnie w tym śnie i rzucam króliczkiem o ścianę... i zabijam go... i strasznie cierpię...

Nie umiem jeszcze tego zinterpretować, ale nie zmienia to faktu że pokazuje to pewien znaczący konflikt we mnie. Strach przed odpowiedzialnością za siebie..?

Mogę też powiedzieć, że gdzieś w 2012 przestałem "pracować nad sobą". W pewnym momencie zacząłem raczej próbować siebie czuć. Jest to zupełnie inny, lepszy sposób na bycie ze sobą.

Sądzę, że już nie będę siebie zadręczał intelektualną rozkminką samego siebie. To się stało zbędne :).

W nowy rok wszedłem z niesamowitą neutralnośćią sfer intelektualnej (coraz przyznam mniej ważnej dla mnie) i emocjonalnej. Obserwuję jednakże, że mi to przeszkadza ;). Że moje ego chce wciąż dramatu, akcji, planów, wspomnień. Ale JA tego nie potrzebuję ;). Więc tworzy się pewna próżnia, z którą będę teraz pracował (głównie poprzez pozwolenie aby zapełniła się sama, a nie na siłę). Przyznam, że zastanawiam sie nad psychologiem - nad jednym czy kilkoma spotkaniami, aby poprosić o radę co robić z tymi zaskakująco dużymi pokładami negatywizmu we mnie, które tak jaskrawo dojrzałem niedawno.

Nie zaakceptowałem dziecka we mnie ;). Nie umiem go przytulić.

To jest wciąż przede mną.

Thursday, December 27, 2012

Satori

Siadając do tej książki, ja wiedziałem że to tam będzie. Spokojnie czekałem :). I się doczekałem.

Nie w żadnej książce psychologicznej, nie wśród archetypów, a u Tollego :).

Moje... Frustracje powiedzmy są gównie związane z moją matką oczywiście. Jasne, że o tym wiedziałem, ale to jak prosto ujął to Tolle zbanalniło to jeszcze bardziej. Zresztą - człowiek myślący syntetycznie potrzebuję innego myślącego syntetycznie, żeby przemówił do niego jego językiem...

Niesamowite, nie? Jedna osoba. W moim życiu prawie wyłącznie symboliczna, ale relacja z nią kształtuje mnie do dziś.

Fa-scy-nu-ją-ce!

E... Wcale nie fascynujące. Raczej nudne; Niepotrzebne... To już dla mnie jakby zakonotować, że oddycham...

Tak sobie teraz myślę, że to moje "Fa-scy-nu-ją-ce!" to jest złość. Taki mały kamuflażyk...

No, nareszcie czuję, że jestem szczery...

...i już mnie to nie "fascynuje". Tak po prostu powinno być :).

Smutek naokoło

Jezu, wszędzie naokoło siebie widzę smutek i cierpienie... Przygniata mnie to nieco. I nudzi mnie to.

Powoli tracę kontakt juz też z tymi, którzy zostali urzyźnieni jakimś cierpieniem. Nie chce mi się, bo póki sam Kowalski nie podejmie decyzji o zmianie to ja mu mogę mówić i klarować do śmierci, ale bez większego skutku.

Jezu, Ludzie - jak my lubimy narzekać! :)

No, no... zbliżyła mi się ta wizja bycia leśniczym. Drzewka, zwierzątka, praca fizyczna, cisza... Wszytko takie proste. Ludzie wszystko komplikują strasznie...

Monday, December 24, 2012

Wigilia '12 - 01

Dziś jest Wigilia :). Spędzę ją sam... Liczę na jakieś efekty ;). A poza tym nie lubię jednak bardzo chodzić do innych głównie przez obecność dzieci, prezenty i "ich" klimat rodzinny. Jest jeszcze we mnie ta część, której to sprawia ogromną przykrość a nawet wzbudza złość, bo jest przypomnieniem kwintesencji tego co pchało mnie wielokrotnie w otchłań bolesnej frustracji...

Zrozumiałem już dawno że święta bożego narodzenia to jednak okres magiczny i znaczący na wielu poziomach mimo, że dzień jak co dzień. Chce to szanować u siebie. Wigilia to wciąż u mnie teren obsikany przez dziecko we mnie ;).

To będzie ciekawa wigilia... Bo uzyskałem ostatnio ten spokój wewnętrzny... Może raczej uzyskałem wgląd do swojego prawdziwego ja. Nie jest to jeszcze dojrzałe ,ale już promienieje spokojem i jakimś dziwnym rozumieniem. Rozumieniem nie pomyślanym a odczuwanym... (Uśmiech pcha mi się na usta).

Widzę siebie...

Coś mi też kliknęło mocno w głowie wczoraj, gdy siedziałem na kiblu... Coś co spowodowało, że zachciałem schować do pudeł wszystkie zdjęcia babci, jej brata, dziadka, ojca, itd. Nie wiem, nagle stwierdziłem, że przeszłość nie jest mi do niczego potrzebna :). Ciekawe. Pożegnać się z przeszłością z całym należnym jej szacunkiem, ale pożegnać... Ona mi nic już nie daje... Interesujące.

Nowe to wszystko, ale nie mam potrzeby ubierania tego wszystkiego w myśli ;).

Rozpoczął się we mnie pewien proces... Lubię go, ale mam obawę, że jeszcze bardziej ograniczy on grono ludzi, z którymi będę mógł się porozumieć.

Ale nie mam potrzeby myślenia o tym. (Jezu, jak to dobrze).

Ja po prostu widzę...

Thursday, December 20, 2012

Jestem Ja

....już nie ma spiral, kół, powrotów... Jestem juz naprawdę tylko Ja. Oprócz mnie we mnie odnajduję pustkę, której się trochę boję... Odnajduję w sobie ciszę, której nie lubię... ..i to jest nudne. Jeszcze nie wiem co z tym robić, jak to obsługiwać... Ale też oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, że właśnie o to w tym wszystkim chodziło ;). Chwile mi zajęła ocena tej nowej sytuacji jako pozytyw. Wpływa to na mnie na razie negatywnie. Pierwsze skojarzenia były w stylu, że jestem nikim, że nic sobą nie reprezentuję, że nie mam potrzeb, że wegetuję... Że jestem tak naprawdę nikim; że jestem pariodią człowieka... ...ale wiem że tak nie jest. Wiem, że przez cały czas o to chodziło ;). Ciągle mnie dręczą jakieś resztki wyobrażeń o powinnościach, zasadach, bowiązkach wobec siebie, itd... Siedze w sobie jak jakiś obserwator... Nowe to... Trochę jeszcze minie zanim odnajde prawdziwego siebie w tej ciszy, zanim ja się wyeksponuję, ulegnie ekspresji. Albo... ja już tam jest tylko cisza jednak wciąż nie taka cicha jak mi się zdaje. W każdym razie niesamowite.

Saturday, July 28, 2012

Rok

Nieźle - ostatni wpis sprzed roku. Tak, to dlatego, że żyję z mniejszym strachem. Bardziej odpowiedzialnie i z większym auto-insightem.

Bez przerwy dowiaduję się czegoś nowego o sobie i życiu. Najważniejszy jednak wniosek z ostatniego okresu to chyba ten, że na wszystko nakładałem jakiś swój szablon. Postrzegałem siebie i świat po mojemu. Dowiedziałem się, że świat jest fajniejszy niż mi się wydawało. Tak, jest mniej strachu. Jest on cały czas i już będzie mi towarzyszył, ale ja już o tym wiem.

Jestem jednak mocno skaleczony tą swoją samotniczością; dużo przez to tracę (a to właśnie strach), ale też zacząłem lepiej rozumieć tą część siebie i przestałem mieć wyrzuty sumienia za rzeczy, które chcę, a których nie osiągam przez tą swoją cechę. Zacząłem szukać głębiej i przebiłem się. Odkrywam w sobie w końcu przeciętność i normalność, a to mnie powoli wyzwala ze mnie dotychczasowego.

Tak, już nawet ojciec śni mi się bardzo stępiony, co oznacza, że czas dokonał w końcu swojego dzieła. Niesamowite swoją drogą jak utwierdzam się w mniemaniu z upłīwającym czasem, że w sumie skorzystałem na śmierci swoich rodziców. Przestałem to w końcu zestawiać z opcją posiadania pełnej, zdrowej rodziny. Przestałem bo takiej nie miałem. Zacząłem oceniać siebie w kontekście, a nie poza nim.

Dzieje się coś co z dumą mogę powiedzieć sam przewidziałem jeszcze będąc na studiach: że u mnie życie przebiegnie jakby odwrotnie - ja dopiero będę siebie odkrywał i młody duchem stanę się dopiero na starość. Wciąż bowiem wszystko na to wskazuje. Jakiż ja byłem sztywny w dzieciństwie i młodości, jakże mnie to izolowało od życia. Teraz też jestem sztywny i ostrożny, ale już o wiele mniej. Z drugiej strony jak prróbuję patrzeć na swoje życie z dystansu to wydaje mi się, że jest wręcz przeciwnie, że nie zrobiłem ani jednej ostrożnej rzeczy w życiu. Wszystko właśnie robiłem szybko, bez namysłu, jakby za wcześnie. Myśli, związki, oczekiwania. To wszytko stało u mnie na głowie. A teraz czuje że jestem jakby na środku skali.

Żałuje natomiast, iż wciąz mam takie zamiłowanie do rozpamiętywania przeszłości. Nie rozumiem tego. Zawsze jest we mnie jakiś rodzaj tęsknoty, melancholii, niespełnienia. Starałem się coś z tym zrobić: fotografia, sztuki walki, sporty, filozoficzne i psychologiczne lektury, ale nic. Tęsknota sobie we mnie siedzi. Tylko już nie pamięta za czym tęskni więc sobie tęskni za czym popadnie.

Siedzę sobie w to parne i gorące popołudnie pisząc te słowa i czuję wciąż tęsknotę. Wydaje mi się, że to ona wyrzucała mnie z wielu związków, że to ona nie pozwalała mi się cieszyć, gdy był na to nasz. Zawsze byłem gdzieś tam oderwany, nietutejszy. Szkoda może, że z tych bóli nie wyszedł jakiś tomik wierszy, albo właśnie jakieś dobre portfolio fotograficzne...

Ale... nauczyłem się już nie żałować, nie mieć wyrzutów sumienia. Jestem jaki jestem i już. A tylko ja mogę sobie wybaczyć to kim jestem.

Od jakiegoś czasu już bardzo chciałbym mieć żonę, dom i dzieci. Uśmiecham się na ta myśl. Co prawda wolałbym stać się od razu dziadkiem, ale co tam :).

Bardzo miłym natomiast odkryciem w moim życiu jest fakt jak te pozornie małe przyjemności są tymi największymi w życiu. Trudno mi jednak wciąż nauczyć sie doceniać na co dzień jak dużo mam i jak wiele nieszczęść mnie omija. A mam tak wiele i w sobie i w sensie materialnym.

I znów, gdy pisze te mądre słowa wszystko jakby wskakuje na swoje miejsce, uspokajam się i czuję o 10% bardziej szczęśliwy. Zakończę więc, bo z kolei jak napiszę za dużo to wróci niezadowolenie. (A może już nie...).

Tuesday, August 2, 2011

Godzina W - zapomniałem...

Mam strasznego kaca moralnego bo zapomniałem wczoraj zatrzymać się na chwile o piątej...

Zawsze pamiętałem, a jak zapomniałem to syrena przypomniała. Wczoraj o piatej musiałem być w jakimś sklepie i... Zupełnie zapomniałem.

Poczułem jak moje historie rodzinne są dla mnie ważne; Czuję się jakbym kogoś zdradził.

Wednesday, July 6, 2011

Reagowania na rzeczywistość ciąg dalszy

Mam kryzys w aktualnej pracy. Zaskoczyła mnie zupełnie zmiana polityki w moim dziale. Doświadczyłem na własnej skórze jak wiele w sferze śodowiska pracy może zmienić styl zarządzania jednej osoby odpowiednio wysoko w firmie.

Przestało być to miejsce pracy odpowiednie dla mnie. Szukam niemalże szaleńczo innej pracy. Nie chcę się tak stresować jak teraz (od kilku tygodni bóle brzucha, ucisk w klatce piersiowej, kłopoty ze spaniem, itd.). Picie alkoholu nie pomaga :).

Nie godzę się na taki poziom pracy i takie warunki i basta.


Zasadnioczo więc jest dobrze ;) bo ja żyję zmianą prawda... Zmieniam też mieszkanie a z kobietą mi na szczęście dobrze więc nie zmieniam.

To jeszcze zmienię sobie pracę i będzie miodzio.


Summa summarum znowu moja opinia o ludziach wychiła się w kierunku "standard to, że wszyscy są debilami, a tylko mniejszość nie". Znowu zdaje mi się że zrobilem krok do przdu w rozumieniu natury egzystencji człowieka i na tym etapie znów wrażenie że rzeczywiście ludzie są zasadnioczo mało rozgarnięci zaczęło brać górę.

I bierze górę coraz częściej zauważam....


A dodatkowo:
- byłem w międzyczasie we Włoszech
- zacząłem pić duże ilości wina i sie nim interesować
- coraz bardziej rozkręca się też moje zaintersowanie samochodami (drogimi oczywiście)
- coraz mniej (ale to już od kilku miesięcy) interseuję się filozofią, psychologią i socjologią
- znów w ogóle przestałem czytać książki (nie mam po prostu głowy) i brak mi tego
- oglądam masy różnych seriali (Mad Men, The Wire, The Tudors, Breaking Bad, Dexter... - wszytko na raz)
- chcę mieć już dziecko

Wednesday, March 30, 2011

Fantazje

I kolejna fanga w nos...

Właśnie do mnie dotarło w jakim sensie ja fantazjuje na temat życia. I w których miejscach.

Dotarło do mnie, o jak wielkiej niechęci mierzenia się z rzeczywistością przeze mnie to świadczy.

Dotarło do mnie w jak duzym stopniu wpływa to na moją samoocene, sposób w jaki oceniam innych ludzi ale przede wszytkich sposób w jaki odbieram ludzi i świat, swoje emocje, reakcje, sposób w jaki kształtuje swoje marzenia oraz progi satysfakcji i agresji.

Najważniejsze z tego są progi satysfakcji i agresji bo to jest codzienność. Zadowolenie i niezadowolenie, wściekłość, frustracja, radość, zachwyt, odprężenie, itd.

To wszystko opiera się w dużej mierze na naszej wewnętrznej skali którą sobie ustalamy w trakcie zycia odnośnie tego na ile nas stać i jakie są nasze "granice" po obu stronach, a więc co stanowi dla dla nas osiągnięcie, duże osiągnięcie, a co będziemy traktować u siebie jako normę na którą nie musimy się wysilać, co bedzie wysiłkiem, itd. Skali tej jak wiadomo używamy też bezwiednie, intuicyjnie do oceniania innyc ludzi więc jeśli ta nasza skala jest w jakimkolwiek zakresie irracjonalna to irracjonalne też będą nasze oceny innych.

W moim życiu było i jest dużo iracjonalności - nieprzystawania oczekiwań (a więc bazowanych na nich planów), pozytywnych jak i negatywnych niespodzianek.

Rozwiązań szukałem w książkach naukowych, doznaniach duchowych, a tu nagle uderzyło mnie, że to chodzi o te "fantazje" nt życia, które sobie stworzyłem w głowie. To one są pryzmatem którey rozszczepia jedne fakty a soczewkuje inne...

Nie rozwiązuje to wiele, bo oznacza dla mnie na dzień dzisiejszy jeszcze więcej "winy po mojej stronie", ale daje mocny początek do zmian. Daje nowy poziom wglądu i zrozumienia.

Człowiek jest jak cebula, nie...?

Wednesday, February 16, 2011

Dzień i inne

Uff, jak dziś rano wyszedłem z łazienki o 06:30 to było już w zasadzie jasno. Jak sie cieszę :). Wiem na pewno, że jeśli sytuacja finansowa mi na to pozwoli to nie umrę w Polsce a w jakimś kraju o niższej szerogkości geograficznej...;)

Poza tym, ech... Przeglądania na oczy ciąg dalszy ;)...

Traci jednak ten co kieruje się wyłącznie cnotą i zasadami. Jednak tak. Nie chciałem, mocno się borniłem przed zobaczeniem tego, no i zobaczyłem.

Nie należy się ograniczać, nie należy chcieć mniej. Trzeba chcieć dużo, dążyć do tego i po drodze doświadczać zmęczenia, trudu, zawodów, szczęścią miłych zaskoczeń - doświadczać trzeba po drodze.

W życiu nie ma tak dużo czasu na wzgląd na innych, na zasady.

Jest tak dlatego że każdy z nas jest inny. Tych miernych będzie jednak zawsze będzie z 80% a tych ponadprzeciętnych i poniżej przeciętnych będzie zawsze najmniej.

Osoby ponadprzeciętne nie są zwyczajnie kompatybilne z resztą jednostek i jeśli nie są nauczone zawczasu lub same nie nauczą sie na czas jak radzić sobie w świecie w większości miernych ludzi może bardzo na tym stracić, może źle działać i obudzić się zapóźno z wyrzutami sumienia i pretensjami nie wadomo do kogo ;).

Dziś wydaje mi się że wiem, że to egoizm powinien być naszym zdrowym rozsądkiem bo wszystko co oparte na błędnych założeniach o sobie samym będzie nietrwałe i nienaturalne. I się zawali prędzej czy później albo będzie nas kosztować cierpienie.

Ale kto Ci to powie człowieku wprost oprócz matki, ojca czy bardzo bliskiego przyjaciela.

Life is brutal - to zawsze wiedziałem, ale nie rozumiałem kontekstu.

Stosowanie zasad jest niezbedne tylko w zakresie reguły "nie rób drugiemu co tobie nie miłe". A, jak wiemy z Matrixa reguły można naginać.

Friday, January 14, 2011

Within Egoist

Am I self-sufficient? Am I really?

I generally tend to think not but sometimes when I think I grasp the totality of my egoism for a moment there I think I am...

Wednesday, January 12, 2011

Bez Tytułu

jestem mięczakiem

Love by definition

"Love is reverence, and worship, and glory, and the upward glance. Not a bandage for dirty sores. But they don't know it. Those who speak of love most promiscuously are the ones who've never felt it. They make some sort of feeble stew out of sympathy, compassion, contempt and general indifference, and they call it love. Once you've felt what it means to love as you and I know it - the total passion for the total height - you're incapable of anything less".

Gail Wynand in Ayn Rand's "The Fountainhead".

Respect.

Monday, January 3, 2011

Dialog ze sobą i rzeczy po prostu?

No dobra - jestem neurotykiem, czy kims tam (whatever) i ciagle skupiam sie na negatywach... I to "tylko" dlatego odbieram życie jako ucisk w klatce piersiowej.

No dobra - moze sam jestem sobie winien, że nie umiem się cieszyc itd, i caly ten bulshit... Ale jesli jestem po prostu wrażliwszy? Spotrzegawczy?

Co jeśli, zycie jest rzeczywiście generalnie niczym innym niż tylko swiadomą egzystencją?

Bo wszystko logiczne na to wlasnie wskazuje...

Co jesli nie-neurotycy po prostu lepiej umieja sie oszukac zeby nie widziec tej grzybni?

Niestety istnieje jeszcze ta druga opcja, którą zawsze trzeba doupszczać - że to ja jestem jednym z niewielu frajerów na tej kuli ziemskiej którz sobie z tego nie zdawali dotychczas sprawy.

Muszę sobie to obmyśleć wszystko jeszcze raz od nowa z perspektywy tej zwykłości i mierności, bo jeszce nie wiem co tak na prawdę by z tego wynikało dla mnie oprócz zmiany punktu widzenia.

Jezu, jakie to wszystko jest tylko-na-mój-użytek i bez-świadków. Dlaczego w zasadzie jest we mnie to parcie aby wszystko w żuciu rozumieć i układać w powiązane całości? Nie wiem. Czy to na tym polega ta nerwowość nazywana naurotyzmem lub innym znerwicowaniem.
Czy więc wszytkie te moje rozmyślania przez te wszystkie lata, cała ta krucjata żeby w końcu zacząć się częściej cieszyć i uśmiechać była tylko "chorobą", wytworem potrzeby mojego tylko umysłu? Czy jestem w tym sam jak palec, a jedyni moi pobratymcy w tym poszukiwaniu siedzą już dawno w zakładach?

A może to właśnie jest życiem... Nie samo-życie, ale myślenie nad tym czym ono jest i jakie jest w nim moje miejsce? Może tylko i wyłącznie ta krucjata która być może jest chora jest jedynym dowodem na moją egzystencję przede mną samym?

Może sam problem z życiem jest właśnie życiem...? Dlaczego nie..?

Może rozwój człowieka polega właśnie na bólu w zadawaniu pytań i potem odnajdywaniu na nie odpowiedzi a następnie zadawaniu kolejnych pytań..?

Ale co jest w takim razie naszym odpoczynkiem? Marzenie? Kochanie? Odczuwanie spokoju o bezpieczeńśtwa..? Mam ochotę powiedzieć odruchowo że to mało... Ale z drugiej strony już trochę wiem, że to jednak bardzo dużo at the same time.

Przykre jest takie chorobliwe, ciągłe odczuwanie bycia zdradzonym przez życie (czytaj przez bliskich). Oprócz tego jest jeszcze ciągła antycypacja bycia zdradzonym też... Człowiek juz niby zrozumiał co się w jego życiu zadziało i jaki miało impact na niego, ale wciąż odczuwa te różne przesunięte emocje... Męczące... Uwierzcie - bardzo męczące.

Pozdrawiam siebie.

Tuesday, December 28, 2010

Gmatwanina

Czytam post najnowszy i te starsze i wnioskuję,
że gdzieś powinienem chcieć mniej a gdzieś więcej.

Jasne jest już dla mnie jasne, (w końcu), że stawiam sobie
poprzeczki zbyt wysokie po to właśnie aby ich nie
osiągnąć, a więc aby nie być szczęśliwym. Neurotyk
ze mnie i tyle - boję się szczęścia.

Wynika z tego, że w praktyce powinienem zdaje się
lepiej wiedzeieć czego chcę i do tego bardziej dążyć,
a resztę z kolei bardziej olać. Przestać się resztą
przejmować.

Dotarło do mnie wczoraj, dziś i teraz się dokończyło,
że ja w zasaszie ciągle zadaję sobie pytania o to:
- jak się (ludzie) powinno żyć i
- jak ja powinienem żyć.
Ja nawet nie wiem za bardzo, czy ja mogę się ciągle
nad tym zastanawiać, czy też już nie...

Ja ciągle szukam siebie. Szukam czego chcę, co lubię.

Z jednej strony moja budowa samego siebie jest już
jak mi się zdaje bardzo zaawansowana a z drugiej strony
są właśnie te pytania: "jak się" coś tam powinno dziać.

Oznacza to że szukam odpowiedzi na najbardziej wręcz
intymne w pewnym siensie pytania poza sobą. Szukam ich
de facto u innych ludzi, w książkach, w moim
meta-myśleniu.

W efekcie jestem jakby to powiedzieć, słaby i chwiejny.
I trudno żeby kobieta tego nie czuła.
Robię wrażenie osoby silnej na zewnątrz - nawet na sobie,
ale w środku jest niepewność. Mam wrażenie że bardzo
obiążam emocjonalnie kobiety w którymi jestem...
(A, to nowa konkluzja...)

Jestem chwiejny tymi pytaniami właśnie, albo powodem
ich stawiania.... No i tak możan w kółko ;).

Chyba dojrzewam coraz bardziej do spotkania z T.
Zadam kilka ważnych pytań mając nadzieję na ich przez T
odpowiednie przekierowania czyli odkrycie ich
rzeczywistego sensu...

Co ja mogę z tym zrobić?

Niestety nie chce mi się starać. To jest to. Bo mogę się starać. Mogłem i będę mógł. Ale mi się nie chce.

Może nie chce mi się ze strachu przed sukcesem. To coraz bardziej prawdopodobne wytłumaczenie jednak... Niestety...

Wolę się jednak zamknąć, siedzieć sobie na swoich 5 metrach kwadratowych życia i głównie myśleć i robić plany. A przecież to jak żyję dziś to już jest postęp w stosunku do kiedyś.

Ale zasadniczo dalej raczej planuję :))).

Ostatnio (+/- 6 miesięcy) doszedłem do wniosku, że mam wiele cech negatywnych (a doychczas uważałem, że jestem raczej doskonały) i to dlatego np nie znajduję kobiety idealnej (dla mnie idealnej). Doszedłem też do wniosku, że w życiu najprawdopodobniej generalnie nie ma się tego czego się chce a jeśli już to raczej namiastki. Potem doprowadziłem się do wniosku że najprawdopodobniej chcę za dużo. ALbo inaczej, że przynajmniej szukanie np tej kobiety w sam raz dla mnie zajęłoby mi zbyt dużo czasu a przecież chcę już mieć dzieci (sic!).

Ja dalej w zasadzie "nie wiem".

I tak mając trochę dosyć tego ciągłego w głowie "nie wiem" podjąłem (dość niestety chyba jednak arbitralnie) decyzję że przestaję szukać, bo to co mam dziś mnie satysfakcjonuje (zresztą rzeczywiście w dużym stopniu tak - to najlepszy kompromis jak dotychczas) a poza tym oczekiwanie więcej od życia może mi się już odpłacić jakąś krzywdą losową (tak, staję się tu zabobonny). Że na prawdę nie można więcej chcieć bo na więcej mnie nie stać. ...I tu wracamy do ważnego dla mnie punktu wyjścia (i dojścia): bo stać mnie, ale mi się nie chce starać.

Wiedząc, w związku z tym, że raczej generalnie nie chce mi się starać, implikacją jest, że nawet jak zdobędę to nie utrzymam (bo mi się nie będzie chciało walczyć).

Więc, nie chce mi sie bo się boję...

Nie łatwo przełknąć tą konkluzję...

Tuesday, November 23, 2010

Crazy Diamond

Jestem najelpszy i chcę tylko najlepszych rzeczy. Chcę zeby inni widzieli jaki jestem zajebisty i zeby moja rodzina to widziała i żeby mnie wszyscy chwalili, zeby wszyscy widzieli o ile przebieglejszy jestem od wszystkich innych. Żebym ja widział że wszyscy widza, że mam same najlepsze rzeczy. A przede wszystkim że ja jestem najlepszy i że moja kobieta jest "odpowiednia" dla mnie.

Bo inaczej się wstydzę... Wstydzę i jestem sfrustrowany, że nie jestem najlepszy, ze nie mam najlepszych rzeczy i najlepszej "opdowiedniej" kobiety.

I jeszcze na dodatek to uczucie frustracji: bo przeciez tak się starałem więc jeżeli ja najlepszy ze wszystkich juz na poczatku jeszcze dodatkowo sie starał to powinno być przeciez perfekt. Anie jest. Jest tylko dobrze. A "tylko dobrze" mamy w dupie przecież....


Oto przestroga dla rodziców, jak nieświadomie mozna źle wychować dziecko.

Ja zostałem tak wychowany.

Nie mam pokory, jestem arogancki nawet w stosunku do siebie. Arogancki życiowo.

Nie doceniam tego co mam. Nie doceniam gdy ktoś mnie kocha. Chcę i chcę i chcę więcej.

Ale nie wiem po co. Nie wiem dokąd idę albo nawet od czego uciekam.

Na codzieńjest dobrze. Ale nie jest. Bo pod skórą wiem, że nie jest.

Wydaje mi sie że wiem jak powinno byc i wydaje mi się że do tego dążę.

Ale czy ja to czuję. Czasem. Częściowo. Zbyt rzadko.

Nie mam kontaktu. Tęsknię. Chcę się oprzeć. Ale nie pozwalam...


Ee, tam....

Sunday, November 7, 2010

Za 45 minut Interlagos, jedzenie z Głodnych zamówione, łazienka sprzątnięta i wizja trzech tygodni urlopu, lecą sety Carla Matthensa...

W ten klimat wchodzą mi teraz nagle dziadkowie, była żona, sny o Matce i Ciotce...

Jestem sam bo chcę, bo nie chcę kompromisu. Jestem jeszcze częściowo niedojrzały i patrzę na to z boku.

Jest prawie piąta, jest niedziela po zmianie czasu więc już ciemno. Jest ze 6 stopni, balkon otwarty, okno otwarte, świeci sie jedna lampa i chcę złapać ten moment... Zapamiętać go, bo jest ciepło, miło, silnie i niezależnie.

A z tą niezaleznościa prawda to u mnie różnie. Bardzo dużo zwalam na kobietę w zwiazku. Chcę żeby mi "mówiła" że jestem okej z nią, z moim własnym życiem, ze wszystkim. Ale neuroza...

Ale z pomocą przychodza powoli własnie dziadkowie, moja przeszłość i ja w końcu w niej odgrywający główną role, Ojciec, nawet ta nieobecna, enigmatyczna Matka.

Czerwień i pomarańcz - oto kmolory mojego spokoju i niezalezności. Kolory mojego szczęścia.

...jestem tak daleko od innych ludzi. A w kazdym razie większości. Mam pretensje, ze jestem tak dobrze wychowany, inteligentny i do tego jeszcze niedostosowany. Mieszanka dla mnie, na dzień dzisiejszy nie do przeskoczenia.

Tylko mnie taki mróz ogarnął jak sobie pomyślałem, ze to już 6 lat do czterdziestki a ja ciągle na "rozpędzie". Ciągle jeszcze próbuje naprawić swój świat żeby kiedyś potem było "dobrze". Ciągle sie jednak wciąż "przygotowuję" i nieuchwytam teraźniejszości.

I tak już chyba zostanie. Czas by było dać temu spokojnie miejsce i juz nie walczyć.

Już waracają do mnie pokojowo moje duchy. Juz na nowo, już niegorźnie. One chciały zawsze pomóc, ale ja chciałem byc od nich niezależny. bo myślałem że dawanie im miejsca osłabi mnie. Zrozumiałem, ze w ten sposób chciałem pokonać swoją immanentną naturę - naturę człowieka.

Tylko Człowieka ;).

Jest mi ciepło, dobrze ze sobą. Na teraz to wielki krok do przodu. Ciągle jednak druga osoba mocno mnie destabilizuje. Przy drugiej osobie "włączają" mi się jakieś mechanizmy. Skomplikowane bo nie umiem ich uchwycić. Włączają mi się na co dzień nie istniejące oczekiwania, ukryte żądania, ogólne jakies takie dlierium, ze jestem zagrożony, że mi źle. Nie rozumiem po co to sie we mnie odbywa. Jakbym stawał się wtedy inną, upierdliwą, nieznosną odmianą siebie...

Ale już! Jest teraz czadowo. I niech tak ma być nawet tylko dziś - to i tak już tak wiele dla mnie.

Saturday, October 30, 2010

No, i moze być...

Nie jest źle....

Dużo myślę. Dużo koresponduję w sieci... Z kobietami. I to mnie w pewien sposób otwiera. Oczywiście flirt jest celem podstawowym tej korespondencji ale w międzyczasie pisząc uczę się siebie. Bo takie robienie dobrego wrażenia na odległość skłania Cię do skupiania się na swoich zaletach i odwodzi od myslenia negatywnego.

I jeszcze ostatnio oglądam w kółko seriale Star Trek DS9 i Mad Men (teraz zaliczyłem sezon II). Śmieszne bo tv w ogóle juz nie mogę oglądać. Reklamy po prostu wyrzucają mnie z kanału więc większości z nich nie ogladam. co włącze fakty to mi się prawie rzygać zachciewa bo wiadomości to stek małych, nieistotnych spraw z polskiej polityki a wiadomości ze świata prawie w ogóle. Wieje nudą i klaustrofobią światopoglądową ;)

A, ja myslę o pieniądzach. Planuje, robię rachunki, jakieś symulacje. Duzo w tym Excela i chodzenia po mieszkaniu z ołówkiem w ręku i robienia zapisków.

I tak, ciagle wszystko robie dla siebie, pod swoim katem, zeby sie zabezpieczyć, uniezależnic siebie od świata, uciec, olać i zlekceważyć teraźniejszość ;).

Nie wiem a jakim etapie zacząłem postrzegać zaproszenie drugiej osoby do wspólnego zycia jako zagrozenie i jednoczesnie coś smiertelnie męczącego. Głównie męczacego. Wyrzeczenia, pola minowe niewiedzy o drugiej osobie, itd....

Ostatnio zacząłem mieć napadająco/mijające problemy z orgazmem, co z kolei prowadzi do napadjąco/mijającej niechęci do seksu z kobietą, co z kolei prowadzi oczywiscie do problemów z zwiazku, bo to trudno wyjasnić."Kochanie, czemu kochamy sie ostatnio rzadziej? Czy ja juz Ci sie nie podobam Kochanie?", a w miare upływu czasu wypowiedzi zostają wzbogacone o łzy. I tak, doszedłem do wniosku, że to moze być na poziomie podświadomym próba powiedzenia mojej wybrance: "stara, czas minął - spierdalaj", :D.

Chyba w wyniku doświadczenia powyzszego w ostatnim okresie mojego życia przeżyłem niedawno napad mysli o sprowadzeniu sobie z Ukrainy duzo młodszej zony. I jak boga kocham bym sobie taką małżowinę sprowadził, gdyby cała sprawa kosztowała mniej. A poniewaz koszty są a ryzyko niepowodzenia związku podobne do kazdej innej sytuacji to zrezygnowałem. Jeszcze nie tak zupełnie bo zawsze mozna do takiego rozwiazania wrócić ale przynajmniej na razie zrezygnowałem.

Czemu w ogóle o tym myslałem? Hm, więc dlatego, bo ja i tak chce od kobiety rzeczy których nie mogę dostać (matczynej miłosci + samowystarczalności ojca + czułosci babci + porozumienia jak z przyjacielem), a na codzień najczestszym czynnikiem konfliktogennym jak również przyjemnosciowym jest seks. Cynicznie? Wg mnie wcale nie po zastanowieniu.

A seks jest dla mnie jako dla samca cholernie wazny. Ralizowanie fantacji seksualnych, intymność w seksie, itd. To jest dla mnie bardzo ważne. Dopiero niedawno w zasadzie doeceniłem jak wazne. Bo tak to człowiek nie przyznaje sie chyba przed soba że ten seks jest taki az wazny - zdaje się to z powodu naszego wychowania.

Jestem samotny. Na pewno częściowo dlatego, bo po prostu chce być smaotny, ale tez dlatego, że się nie naczyłem być nie samotny. Nie nauczyłem sie rytuałów towarzyskich. Bo kontakty z ludźmi to kupa roboty. Na prawdę! Z mojego punktu widzenia straszna kupa roboty: trzeba uważać co sie mówi zeby albo nie spłoszyć albo nie speczyć czy nie urazić. Okazje trzeba pamiętac, prezenty i prezenciki kupowac. Partycypować w ich uroczystościach i markować swoje w nie zaangazowanie znów zeby nie urazić, nie zrobic przykrości. W towrzystwie trzeba byc usmiechnietym i uważac zeby sie nie zamyślać. trzeba nastepnie pic alkohol, tańczyć i robić rózne głupstwa w celu nie odstawania od reszty, gdyż jak się na imprezie odstaje od reszty to i się impreza robi nie do zniesienia :))). Trzeba w końcu zapraszać do siebie gości, robic z tej okazji zakupy, nadymać się i wysrywać na fajne alkohole, drinki i jedzenie. Następnie po rzeczywiście miłym okresie posiadówy tychze gości (acha, a przeciez towarzystwo trzeba jeszcze dobrać do siebie zeby się nie nudziło i nie było konfliktów), trzeba zrobić generalne sprzątanie i mega zmywanie oraz wywietrzyć pieprzone mieszkanie ze wszelkich zapachów naleciałych poprzedniej nocy ;).

No więc jestem samotnikiem i chyba nim pozostane :))). Tylko kobieta omze wprowadzić do mojego życia ludzi. Mnie się nie chce. Ja mam swoje niepotrzebne rozmyslania, książki na tematy zwiazane najogólniej z dzieleniem włosa na czworo, swoje ponad godzinne kąpiele w goracej wodzie, swój swiat zapachów i perfum, swoje seriale i filmy, te nowe i te sprzed wieludziesięciu lat. Mam swoje w końcu wyrobione poglady, światopogląd i odwage cywilna aby o nich mówic otwarcie. Ech... Któż chciałby się ze mną babrać w tej samej piaskownicy. Jakaż kobieta, która imponowałaby mi miałaby ochote pochylić sie nade mną, pokochać i jebnąć w twarz co jakis czas żebym przynajmniej co jakiś czas wracał do tego świata, ciał, zebów, brudu, smrodów, anty-ideałów, ciężkosci, niespełnionych marzeń, frustracji, pytań bez odpowiedzi, głupoty, chamstwa, żądz i złości. Do świata, w którym na momenty szczęscią trzeba się sporo napracować...